Minal tydzien od czasu kiedy Rivaille trafil do szpitala. Odwiedzialem go codziennie, przynoszac mu rozne rzeczy. Kwiaty, czekolade czy jakies pluszowe misie - z tego ostatniego nie bedzie pewnie zadowolony kiedy sie obudzi. Bo na pewno w koncu sie obudzi.
Nie ma innego wyjscia. Inaczej pojde za nim na druga strone i go tutaj sprowadze.
Dostalem swoja kwatere. Koniec z obskurnym namiotem, teraz mieszkam w normalnej przytulnej kawalerce.
W moim pokoju panowal pol mrok. Siedzialem na skraju lozka, konczac kolacje.
Zupke instant z jakims dziwnie smakujacym dodatkiem. Odstawilem pusty karton na maly stolik obok szafy i polozylem sie.
Cisza panujaca w pokoju pozwalala mi sie zrelaksowac, caly czas jednak myslalem kiedy on sie obudzi.
Dosc mialem ogladania go w takim stanie. Czy on w ogole slyszy kiedy z nim rozmawiam?
Czasami mam wrazenie ze tak wlasnie jest. On chcialby cos powiedziec, ale po prostu nie moze.
- Wkurzajace.. - wyszeptalem przecierajac zmeczona twarz.
Kazdy powtarzal mi ze wygladal niczym trup. Racja nie spalem zbyt wiele, nie jadlem rarytasow ale to tylko i wylacznie dlatego ze nie potrafilem zyc spokojnie widzac co dzieje sie z Levim.
Uslyszalem pukanie do drzwi, wstalem i podszedlem do nich. Spojrzalem przez wizjer, stala przed nimi Mikasa.
Otworzylem je i wpuscilem ja do srodka.
- Cos sie stalo? - zapytalem zdziwiony patrzac na nia.
Westchnela gleboko i weszla do mojej sypialni. Na podlodze walaly sie ubrania, i puste opakowania po zupkach.
- Postrzatalbys tutaj troche ..
Usmiechnalem sie niewidocznie.
- A moze lepiej ty?
Spojrzala na mnie wzrokiem ktory moglby zabic. A ja zrezygnowalem z dalszego zartowania.
- Dlaczego przyszlas tutaj o tak poznej porze? Wiesz ze kreca sie tutaj niezle swiry. - powiedzialem nalewajac wody do czajnika elektrycznego. Wlaczylem go i stanalem przed nia w przedpokoju.
- Rivaille sie obudzil. - odparla spokojnie.
Spojrzalem na nia w niedowierzaniu, i gdybym nie mial obok siebie stolu prawdopodobnie upadlbym na ziemie.
- I ty to mowisz z takim spokojem?! - krzyknalem, szybko ubierajac buty.
- Zawsze za nim latasz! Jestes na kazde jego zawolanie, a on... - zmarszczyla brwi - tak cie traktuje! Jestes naiwny Eren, a on to wykorzystuje!!
Zabralem swoj plaszcz i bez slowa wyszedlem z domu.
Nie bylem na nia zly.. raczej na siebie. Bo wszystko co mi dzisiaj wygarnela bylo prawda.
Zaczelo sie od tego kiedy pierwszy raz mnie skatowal, potem gdy zapytal czy go nienawidze zaprzeczylem. Moze wtedy powinienem byl przytaknac.A kiedy mnie zgwalcil powiedziec o tym komus, ale ja wybralem milczenie i poslusznie jak piesek wykonywalem jego rozkazy.
Wszedlem do szpitala ciagle zastanawiajac sie czy to co robie jest sluszne.
Czy popelniam wlasnie swoj najwiekszy blad. A moze powinienem zawrocic i nigdy juz tutaj nie wracac?
Nie mam pojecia co teraz robic.
Stalem przed drzwiami sali w ktorej lezal Rivaille. .
Moje serce bilo bardzo szybko, tak bardzo balem sie ze wyskoczy zaraz z piersi. Odetchnalem glosno, prostujac sie i nacisnalem na klamke w drzwiach.
Odchrzaknalem tworzac najbardziej powazny ton glosu na jaki bylo mnie w tamtej chwili stac.
Nasze spojrzenia spotkaly sie. Ja patrzylem na niego z radoscia, a on powital mnie chlodnym wzrokiem.
- Usiadz Eren. - wykrzywil swoja twarz w falszywym usmiechu jakby oczekiwal mojego zaprzeczenia.
Bez slowa wykonalem jego polecenie, nawet sie nad tym nie zastanawialem.
Siedzialem obok jego lozka, a on lekko podniosl sie na lokciach i ciagle sie we mnie wpatrywal.
- Jak sie czujesz? - zapytalem cicho, mietolac w palcach kawalek koca.
- Wspaniale. - odparl a jego slowa az ociekaly sarkazmem.
Wyczulem to i przeprosilem szybko. Nie wiedzialem jak mam sie zachowac. Czulem sie jakbym nie rozmawial z nim kilka lat.
- Przestan zachowywac sie jak jakas zakochana dziewica. - zakpil siadajac na skraju lozka.
Poczulem jak robie sie caly czerwony, przez to co przed chwila uslyszalem.
- Nie mozesz jeszcze wstawac! - krzyknalem kiedy slaby upadl na ziemie.
Zmarszczyl brwi, i odtracil moje dlonie.
- Zamknij sie! - warknal - Nie pozwolilem ci tak sie do mnie odzywac.. - dodal wracajac na lozko.
Siedzialem ze spuszczona glowa, niczym skarcony szczeniak. Nawet zwykla troska go denerwuje.
- Hej, Eren. - uslyszalem jego glos odwracajac glowe w strone jego lozka. - Tak wlasnie konczy ktos kto okazuje slabosc.
- Slabosc? - powtorzylem zdziwiony.
- Ratujesz kogos a ten na gorze, tak ci sie odplaca. - prychnal odwracajac sie w moja strone.
Czuje sie jak zahipnotyzowany kiedy tak na mnie patrzysz. Jakbym byl pewien ze nie zdolam ci sie oprzec.
Wpatruje sie w ciebie jak pierdolony bachor w swojego pedofila. Ze strachem, ale z lekka nuta ciekawosci.
Nastala chwila ciszy. Wbilem wzrok w swoje buty, i teraz jakby one staly sie bardzo interesujacym obiektem.
On rowniez milczal. Ta cisza byla przyjemna, nie krepowala nas po prostu byla przyjemna.
Przymknalem oczy, po chwili poczulem jak Rivaille bawi sie kosmykami moich wlosow, i odsuwa je za ucho aby nie opadaly na czolo.
Pozwalalem mu to robic, dla mnie tez to bylo przyjemne kiedy czulem na skroniach zimny dotyk.
Chcialbym aby mnie objal swoimi ramionami, tak mocno az poczuje scisk w klatce piersiowej.
Chce poczuc jego bliskosc, jego dlonie splecione na moim ciele. Chce zaciagac sie zapachem jego perfum, utonac w jego hebanowych oczach.. chce poczuc ze zyje, ze moje serce nie zamienilo sie w twardy kamien, ze nadal bije i jest zywe.
Czy prosze o zbyt wiele?
Nie chce aby mnie bil, i zeby mowil mi takie okropne rzeczy. Chce slyszec z jego ust moje imie jak wymawia je calujac moje usta..
Zacisnalem mocno wargi, czulem jak cos mokrego splywa mi po policzku i dobrze wiedzialem co to jest.
W tej ciszy spadajace na podloge krople lez brzmialy niczym lecace na ziemie glazy.
Nachylil sie i starl mi ja z policzka.
- Przestan plakac. Nie jestes malym dzieckiem. - skarcil mnie, a ja poczulem sie jeszcze gorzej niz wczesniej.
Pokiwalem glowa, i wyprostowalem sie. Chociaz czulem jak oczy nadal mnie pieka.
Od zawsze wiedzialem ze to w nocy czlowiek odczuwa jak bardzo jest samotny.
- Martwilem sie o ciebie. Myslalem ze juz nigdy sie nie obudzisz. Tesknilem.. - moj glos zadrzal.
On skrzywil sie slyszac to.
- Posluchaj Eren. - powiedzial, wpatrujac sie w moje oczy. - Tesknota to cholerna choroba pustoszaca umysly ludzi. Odbiera im zdolnosc do podejmowania prawidlowych decyzji, nie warto tracic na to czasu.
Zacisnalem mocno piesci. Nie myslalem takimi kategoriami jak on, dla niego wszystko bylo czarne i biale.
- Mylisz sie. - odpowiedzialem szybko
Rivaille podniosl z zaciekawieniem do gory brew.
- Czyzby? W takim razie co takiego czules do tych wszystkich ludzi, ze byles gotow za nich oddac swoje zycie?
Zamyslilem sie chwile.
- Pytasz mnie o takie rzeczy, a sam zrobiles to samo. - odparlem, widzac jak usmiech schodzi mu z twarzy.
- Nie znasz mojej przeszlosci, nie wiele wiesz o zyciu.. - rzekl zimno przeszywajac moje cialo tysiacami ostrych sztyletow.
- Masz racje.. jestem bezuzyteczny. - odparlem szeptem, czujac jak ciezko jest przelknac mi sline aby cokolwiek powiedziec.
Westchnal zirytowany, i znowu usiadl na skraju lozka.
Byl zaledwie kilka centymetrow ode mnie. Chwycil mnie za kark przyzblizajac do swojej twarzy.
- Tego nie powiedzialem. - wbil sie w moje usta.
Badal kazdy zakamarek moich ust, bawil sie moim jezykiem tracajac go.
Robilismy to tak namietnie, ze slinia splywala nam po brodzie kierujac sie na material spodni.
Oprzytomnialem kiedy zaczal schodzic dotykiem nizej.
- Przestan.. ktos moze nas zobaczyc.. - wyszeptalem pomiedzy pocalunkami.
- Nikt tutaj nie przyjdzie, powiedzialem pielegniarce ze chce miec spokoj. - powiedzial usmiechajac sie w sobie.
I juz wiedzialem co mnie czeka.
Polozylem sie obok niego na lozku, i znowu zaczelismy sie calowac.
Dotykal mojego brzucha, i plecow. Po chwili moje spodnie zaczely byc przeszkoda.
- Sciagnij je. - nakazal, nie zaprzestajac calowac mnie po szyi. Zrobilem to co powiedzial, rzucajac je gdzies na koniec pokoju.
Czulem jego kolano pomiedzy moimi udami. Zaczal jezdzic jezykiem po mojej klatce piersiowej lekko przygryzajac moje sutki.
- Uhmm.. - jeczalem, patrzac jak zebami sciaga mi bielizne.
Wzial w dlon mojego czlonka i zaczal mi powoli obciagac. A kiedy wsadzil go do ust, a ja poczulem to mokre i cieple uczucie na dole bylem w siodmym niebie. Nie chcialem aby konczyl..
Zaczal poruszac sie coraz szybciej, tracajac jezykiem glowke penisa i co jakis czas podgryzajac go.
Zlapalem go za wlosy, i sam ustalalem jakie tempo ma przybrac. Nie mialem pojecia, ze jest taki gleboki.
W koncu doszedlem w jego ustach. Spojrzal na mnie wkurzony, pewnie nie spodobalo mu sie to.
- Teraz twoja kolej.. - powiedzial, przeplukujac usta woda i wypluwajac zawartosc do smietnika.
Podwinalem mu kimono i uklaklem na materacu. Nachylilem sie nad jego penisem.
- Jestes juz twardy Kapitanie.. - usmiechnalem sie chuchajac na niego goracym powietrzem.
- Zamknij sie... - wyjeczal kiedy wzialem go do ust i zaczalem mocno ssac, robilem to najlepiej jak potrafilem. Chcialem aby w koncu mnie docenil. Lizalem go, ssalem - niczym jakas cholerna gwiazda porno.
I nawet przez sekunde nie pomyslalem o tym, ze to co wlasnie robie jest czyms nienaturalnym.
On tez doszedl w moich ustach, zakrztusilem sie kiedy poczulem swedzenie w przelyku, i slony posmak w buzi.
Opadlem zmeczony na lozko, kiedy uslyszalem jak drzwi do sali otwieraja sie...
Opowiadania głównie z parą LevixEren. Jednak będą dodawane tutaj też co jakiś czas jedno rozdziałowe opowiadania z innych anime.
sobota, 5 października 2013
czwartek, 3 października 2013
Rozdzial 3
Przygotowałam dla was kolejny rozdział. Jest krotki ale mam nadzieje ze wam się spodoba ^^ Przepraszam za ten chaos który gościł w poprzednich rozdziałach, postaram się pisać z perspektywy Erena. Do nastepnego moje robaczki, i milej lektury :)
Zakładałem swój mundur, przygotowując się do wyjścia. Nie byłem już tak obolały jak wczoraj, jednak czasami zakręciło mi się w głowie.
To uczucie jakbym stracił grunt pod stopami zaczynało mnie przerastać. Byłem dziś bardzo skupiony. Powoli kierowałem sie do stadniny, po swojego konia.
Spuściłem głowę, kiedy Rivaille przechodził obok mnie bez słowa.
Wsiadłem na wierzchowca, kierując się pod bramę.
Ustawiali się juz pod nia inni zolnierze. Bylo ich okolo dwustu.
Widziałem to oddanie z ich strony, i odwagę w ich oczach.
Uslyszalem glosny huk, a ogromna Żelazna brama otworzyła się i wszyscy wyruszyliśmy przed siebie.
Czułem się wolny kiedy zimny wiatr bawił się moimi włosami.
Ucieszyłem się w duchu widząc obok siebie Armina i Mikase..
- Uważajcie na siebie! - krzyknąłem ile sił w płucach, omijając ich.
Z daleka zauważyłem już pierwszego tytana.
Któryś z Kaprali wrzasnął.
- Grupa 1 i 2 na północ, 3 i 4 na wschód! Reszta rozdzielić się i atakować!!
Wszyscy w ekspresowym tempie wykonali jego rozkazy.
Jechałem prosto przed siebie, coś mi jednak nie pasowało nagle zrobiło się bardzo cicho..
Tytan zauważył mnie z daleka i począł biec w moja stronę. Zeskoczyłem z konia i leciałem wprost na niego..
Nie był ogromny jak pozostałe, wiec szybko wskoczyłem na jego ramie mocując linki i unieruchamiając go.
On krzyczał i probowal mnie złapać. Byłem o wiele szybszy i sprytniejszy od tej kupy mięsa.
- Zdychaj! - krzyknąłem przecinając mu skórę na karku.
Obrzydliwe cielsko upadło na podłogę, bezgłośnie.
Starłem krew z ostrza widząc biegnącą w moja stronę hordę dzikich tytanów.
Chciałem zawołał kogoś do pomocy, kiedy przed oczami zobaczyłem jakiegoś żołnierza.
Odwrócił się a nasze spojrzenia spotkały sie.
Rivaille?!
Zmarszczylem brwi. Nie chciałem pomocy od kogoś takiego jak on.
- Po co tu przyszedłeś?!
Levi westchnął głęboko i wyciągnął swoje miecze.
- Możesz się jeszcze do czegoś przydać. - odparł zabijając już trzeciego tytana.
Zamknalem oczy biorąc gleboki oddech. I wtedy poczułem przeszywający moje ciało ból. Wydawało mi się że coś rozerwało mnie na strzępy. Upadłem na ziemie.
Czy to moj koniec? Spojrzałem na walczącego Rivailla, mimo wszystko bylem szczesliwy.
- Eren!! - uslyszalem dobrze znany mi glos.
Podniosłem do Góry drzaca dlon , jednak po chwili opadla na ziemie.
To tak bardzo boli.
W jednej chwili wszystko co wczesniej widzialem.. piekne blekitne niebo. Razace blaskiem slonce...- wszystko przepadlo i zamienilo sie w czarna pustke.
Czulem tylko jego oddech na mojej szyi, i uczucie unoszenia sie w powietrzu..
- Eren..? Eren..- powtarzaly wciaz rozne glosy.
Nie bylem w stanie ich zidentyfikowac.
Otworzylem powoli oczy. Znajdowalem sie w jakims jasnym pomieszczeniu. Spojrzałem na osobę siedzącą obok mojego łóżka
Siedzial tam obcy dla mnie czlowiek.
- Czy ja umarłem? - zapytałem cicho.
Mikasa pokiwała przecząca głowa.
- Kto mnie uratował?
- Kapitan Rivaille.- szepnął Armin.
Do oczu napłynęły mi łzy. Powstrzymałem je jednak, nie okazując emocji..
***
- Nie prosiłem cie o to! - załkałem dotykając jego twarzy.
Wyglądał zupełnie jakby spał.
W dodatku był bardzo blady.
"Nikt nie może przewidzieć konsekwencji swoich decyzji."
Jedynym co dawało mi nadzieję, była maszyna wybijająca rytm tętna.
Oparłem się o łóżko, a kilka łez spłynęło po moim policzku. Starlem je szybko, kiedy do sali weszla pielegniarka.
Spojrzala na mnie zmartwionym wzrokiem. On był najlepszy. Bez niego świat przestałby istnieć, nie tylko dla mnie ale dla całej ludzkości.
Czulem ze to wszystko mnie przerasta. Zlosc spietrzyla sie we mnie niczym lawa w wulkanie.
- Ty pieprzony draniu! Masz się obudzić! - szlochałem, uderzając pięścią o materac jego łóżka
Widziałem bandaż na jego szyi, i krew która przez niego przeciekła.
Tytan probowal poderznac mu gardlo, Kapitan stracil bardzo duzo krwi.
Czulem jak caly sie trzese.
- Nienawidzilem cie, po tym co mi zrobiles.. - zaczalem szeptem - ale teraz.. teraz wiem ze cos sie zmienilo. Dlatego właśnie nie możesz umrzeć! - Dotknąłem jego dłoni i która była zimna jak lód.
Jego twarz była spokojna, nie miał zmarszczonych brwi ani nie krzyczał.. po prostu spał.
We śnie człowiek się zmienia, przestaje być egoistycznym dupkiem zamieniając się w normalnego człowieka..
Jego włosy rozsypały się po poduszce i wyglądały teraz niczym aureola.
Z aniołem jednak on nie wiele ma wspólnego.. chyba, ze z upadłym. Jego oddech był spokojny, w powietrzu unosił się szpitalny zapach detergentów. Był drażniący.
Czułem, że cala odpowiedzialność za to co się wydarzyło spoczywa na moich barkach.
Gdybym nie uparł się, żeby iść na te misje kapitan zapewne nie byłby teraz ranny.
Dlaczego ja nigdy nie mogę odpuścić? Dlaczego zawsze musze sciagac na wszystkich klopoty? Od czasu kiedy się urodziłem..
- Kurwa mac.. - zakląłem pod nosem siadając na krześle obok łóżka Leviego.
Skuliłem kolana pod brodę i zamknąłem oczy...
Zakładałem swój mundur, przygotowując się do wyjścia. Nie byłem już tak obolały jak wczoraj, jednak czasami zakręciło mi się w głowie.
To uczucie jakbym stracił grunt pod stopami zaczynało mnie przerastać. Byłem dziś bardzo skupiony. Powoli kierowałem sie do stadniny, po swojego konia.
Spuściłem głowę, kiedy Rivaille przechodził obok mnie bez słowa.
Wsiadłem na wierzchowca, kierując się pod bramę.
Ustawiali się juz pod nia inni zolnierze. Bylo ich okolo dwustu.
Widziałem to oddanie z ich strony, i odwagę w ich oczach.
Uslyszalem glosny huk, a ogromna Żelazna brama otworzyła się i wszyscy wyruszyliśmy przed siebie.
Czułem się wolny kiedy zimny wiatr bawił się moimi włosami.
Ucieszyłem się w duchu widząc obok siebie Armina i Mikase..
- Uważajcie na siebie! - krzyknąłem ile sił w płucach, omijając ich.
Z daleka zauważyłem już pierwszego tytana.
Któryś z Kaprali wrzasnął.
- Grupa 1 i 2 na północ, 3 i 4 na wschód! Reszta rozdzielić się i atakować!!
Wszyscy w ekspresowym tempie wykonali jego rozkazy.
Jechałem prosto przed siebie, coś mi jednak nie pasowało nagle zrobiło się bardzo cicho..
Tytan zauważył mnie z daleka i począł biec w moja stronę. Zeskoczyłem z konia i leciałem wprost na niego..
Nie był ogromny jak pozostałe, wiec szybko wskoczyłem na jego ramie mocując linki i unieruchamiając go.
On krzyczał i probowal mnie złapać. Byłem o wiele szybszy i sprytniejszy od tej kupy mięsa.
- Zdychaj! - krzyknąłem przecinając mu skórę na karku.
Obrzydliwe cielsko upadło na podłogę, bezgłośnie.
Starłem krew z ostrza widząc biegnącą w moja stronę hordę dzikich tytanów.
Chciałem zawołał kogoś do pomocy, kiedy przed oczami zobaczyłem jakiegoś żołnierza.
Odwrócił się a nasze spojrzenia spotkały sie.
Rivaille?!
Zmarszczylem brwi. Nie chciałem pomocy od kogoś takiego jak on.
- Po co tu przyszedłeś?!
Levi westchnął głęboko i wyciągnął swoje miecze.
- Możesz się jeszcze do czegoś przydać. - odparł zabijając już trzeciego tytana.
Zamknalem oczy biorąc gleboki oddech. I wtedy poczułem przeszywający moje ciało ból. Wydawało mi się że coś rozerwało mnie na strzępy. Upadłem na ziemie.
Czy to moj koniec? Spojrzałem na walczącego Rivailla, mimo wszystko bylem szczesliwy.
- Eren!! - uslyszalem dobrze znany mi glos.
Podniosłem do Góry drzaca dlon , jednak po chwili opadla na ziemie.
To tak bardzo boli.
W jednej chwili wszystko co wczesniej widzialem.. piekne blekitne niebo. Razace blaskiem slonce...- wszystko przepadlo i zamienilo sie w czarna pustke.
Czulem tylko jego oddech na mojej szyi, i uczucie unoszenia sie w powietrzu..
- Eren..? Eren..- powtarzaly wciaz rozne glosy.
Nie bylem w stanie ich zidentyfikowac.
Otworzylem powoli oczy. Znajdowalem sie w jakims jasnym pomieszczeniu. Spojrzałem na osobę siedzącą obok mojego łóżka
Siedzial tam obcy dla mnie czlowiek.
- Czy ja umarłem? - zapytałem cicho.
Mikasa pokiwała przecząca głowa.
- Kto mnie uratował?
- Kapitan Rivaille.- szepnął Armin.
Do oczu napłynęły mi łzy. Powstrzymałem je jednak, nie okazując emocji..
***
- Nie prosiłem cie o to! - załkałem dotykając jego twarzy.
Wyglądał zupełnie jakby spał.
W dodatku był bardzo blady.
"Nikt nie może przewidzieć konsekwencji swoich decyzji."
Jedynym co dawało mi nadzieję, była maszyna wybijająca rytm tętna.
Oparłem się o łóżko, a kilka łez spłynęło po moim policzku. Starlem je szybko, kiedy do sali weszla pielegniarka.
Spojrzala na mnie zmartwionym wzrokiem. On był najlepszy. Bez niego świat przestałby istnieć, nie tylko dla mnie ale dla całej ludzkości.
Czulem ze to wszystko mnie przerasta. Zlosc spietrzyla sie we mnie niczym lawa w wulkanie.
- Ty pieprzony draniu! Masz się obudzić! - szlochałem, uderzając pięścią o materac jego łóżka
Widziałem bandaż na jego szyi, i krew która przez niego przeciekła.
Tytan probowal poderznac mu gardlo, Kapitan stracil bardzo duzo krwi.
Czulem jak caly sie trzese.
- Nienawidzilem cie, po tym co mi zrobiles.. - zaczalem szeptem - ale teraz.. teraz wiem ze cos sie zmienilo. Dlatego właśnie nie możesz umrzeć! - Dotknąłem jego dłoni i która była zimna jak lód.
Jego twarz była spokojna, nie miał zmarszczonych brwi ani nie krzyczał.. po prostu spał.
We śnie człowiek się zmienia, przestaje być egoistycznym dupkiem zamieniając się w normalnego człowieka..
Jego włosy rozsypały się po poduszce i wyglądały teraz niczym aureola.
Z aniołem jednak on nie wiele ma wspólnego.. chyba, ze z upadłym. Jego oddech był spokojny, w powietrzu unosił się szpitalny zapach detergentów. Był drażniący.
Czułem, że cala odpowiedzialność za to co się wydarzyło spoczywa na moich barkach.
Gdybym nie uparł się, żeby iść na te misje kapitan zapewne nie byłby teraz ranny.
Dlaczego ja nigdy nie mogę odpuścić? Dlaczego zawsze musze sciagac na wszystkich klopoty? Od czasu kiedy się urodziłem..
- Kurwa mac.. - zakląłem pod nosem siadając na krześle obok łóżka Leviego.
Skuliłem kolana pod brodę i zamknąłem oczy...
wtorek, 1 października 2013
Rodzial 2
Kolejne dni mijaly wyjatkowo szybko. Caly ten czas ciezko cwiczylem, i udoskonalalem swoje umiejetnosci manewru. Potem szedlem na obiad i wracalem do swojego namiotu.
Nie widzialem go od tego czasu, kiedy wyjechal na delegacje do siedziby najwazniejszych osob w panstwie. Nie zebym za nim tesknil.
Zrobilem kwasna mine dotykajac dolne okolice mojego ciala, ale wyruszajac sam na patrole czulem sie co najmniej dziwnie.
Teraz byl juz wieczor, siedzialem przed swoim namiotem palac papierosa. Tutaj na wojnie,to jedyny sposob aby sie odstresowac, nie liczac agresji i przemocy.
Z moich rozmyslen obudzil mnie glosny dzwiek otwierania polnocnej bramy, spojrzalem z ciekawoscia w tamta strone i zobaczylem jak do miasta wjezdza dwudziestu najlepszych zolnierzy.
Byli szkoleni w zabijaniu. Najwierniejsi bohaterowie dla krola, ktory juz dawno poddal sie wszech otaczajacej korupcji , i zaklamaniu.
Obserwowalem ich bez ekscytacji, ale po chwili kiedy zobaczylem jak na koncu wjezdza ten powoz a z niego wychodzi Riveill serce podeszlo mi do gardla.
Z daleka widzialem jak kloci sie z innym kapitanem, najprawdopodobniej z powodu opoznionego przyjazdu. Jakis wysoki blondyn krzyczal i wymachiwal rekoma na czarnowlosego, kiedy on stal niewzruszony a po chwili sam odszedl.
Ucieszylem sie w duchu. Sam nie wiedzialem do konca z czego, po prostu nagle w srodku poczulem jak ogarnia mnie cieple uczucie spokoju.
Widzialem jak kieruje sie w moja strone, jednak zaraz kompani z jego grupy porywaja go ze soba. Posmutnialem odrobine, Mikasa i Armin sa na szkoleniu a ja zostalem zupelnie sam.
I stalem wtedy sam w samym srodku wioski, nie majac nikogo kto zdolalby mnie pokochac.
Wszyscy wokol mnie cieszyli sie z efektow swojego treningu a ja jak kompletny glupiec wpatrywalem sie w blekitne niebo. Nie zwracajac na nic innego uwagi.
Czasami chcialbym byc ptakiem, moglbym poleciec gdziekolwiek bym zechcial, byle tylko nie zlamac skrzydel.
Sluchalbym szumu wiatru, krzyku drzew.. ale bylbym bezpieczny..
Nikt nie moglby mnie zranic, mentalnie lamac mi serca..
Postanowilem pojsc do baru gdzie przebywal i pogratulowac mu zwyciestwa.
Slyszalem, ze bez pomocy nikogo zabil dwudziestu tytanow. Powoli szedlem w strone budynku, myslac nad trescia jaka chce mu przekazac.
W jaki sposob mialem to zrobic.. i dlaczego wogole chce?
Przeciez skrzywdzil mnie w tak okrutny sposob, grozil mi ze zrobi to jeszcze..
A ja pomimo tego lgne do niego jak cma do ognia, narazajac sie na niebezpieczenstwo.
Wszedlem przez prog a osiem podejrzliwych oczu spojrzalo w moja strone. Szukalem wzrokiem Leviego. W koncu znalazlem, ostatni stolik kolo okna, nie siedzial sam obok niego bylo jeszcze 3 jego kompanow.
Poprawilem plaszcz munduru, i glosno odetchnalem. Kiedy wylonilem sie od razu znalazlem wzrok Rivailla na mojej osobie.
Zolnierze obok niego rowniez patrzyli sie na mnie.
- Cos nie tak, Eren? - zapytal Levi pewnie nie spodziewal sie tutaj mojej osoby, a mimo tego przyszedlem.
Przelknalem glosno sline, a moja odwaga zmalala z tysiaca do zera.
- Ch-chcialem.. - zaczalem jakajac sie, na co zolnierze obok niego wybuchneli smiechem.
On jednak przygladal mi sie uwaznie, jakby nie zwracajac uwagi na te siedzace szympansy w ludzkiej skorze i sluchal moich slow.
- Chocialem pogratulowac ci ilosci zabitych tytanow. To naprawde robi wrazenie! - krzyknalem na jednym tchu, sciskajac w na piersi kluczyk ojca.
Pamieta tez dzien, kiedy Riveill zwrocil mu go pomimo zakazow ze strony sadu. Wzial na siebie wszystkie konsekwencje, i cala odpowiedzialnosc. Nadal jednak uwaza, ze tylko on bylby w stanie zabic mnie w formie tytana.
Moze to i lepiej, ginac z reki wybitnego bohatera, a nie zwyklego bojazliwego zolnierza..
Kiedy uslyszal co do niego powiedzialem usmiechnal sie. Nie byl to jednak usmiech podobny do tego ludzkiego, a raczej sposob w jaki chcial mi za to podziekowac.
- Eren, usiadziesz z nami? - spytal nagle, kiedy juz mialem zamiar odejsc.
Skinalem glowa, i usiadlem naprzeciw niego.
Jego oczy wpatrzone we mnie, chlodne i jednoczesnie plonace ogniem. Mam wrazenie ze ich kolor mnie przytlacza. Wiem jak beznadziejnie to brzmi, ale niestety nie moge sie powstrzymac.
Jego twarz nie wyrazala niczego. Smutku, prosby czy chociazby iskierki radosci, tylko czarna jak smola przestrzen wpatrywala sie w moje cialo rozrywajac je na kawalki i rozrzucajac po calym swiecie.
- Napijesz sie? - spytal sie, przez przypadek dotykajac mojej dloni.
Pokiwalem przeczaco glowa, nie mialem ochoty na alkohol a tym bardziej na pozniejsze konsekwencje.
Bawilem sie dobrze, wszyscy nawiazalismy ze soba jakis kontakt i dzielilismy sie historiami
z naszego zycia. Nie dalem sie namowic nawet na krople wodki kaktusowej, na ktora namawiali mnie pozostali.
Godzine pozniej, rozchodzili sie do swoich namiotow.
Szedlem krok w krok z czarnowlosym, trwajac w ciszy. Nie byla ona jednak krepujaca, a raczej przyjemna.
Ni stad ni z owad postanowilem zapytac go, o jego dawne zycie.
- Dlaczego zrezygnowales z zycia w gangu? - zapytalem nagle burzac napiety spokoj.
On spojrzal na mnie zdziwiony, jakby nie mial pojecia co ma mi odpowiedziec.
Zmarszczyl brwi przyszpieszyl kroku.
- Powiesz mi? Chcialbym wiedziec.. - wyszeptalem denerwujac go coraz bardziej.
Nie wiedzialem jak szybko moge przekroczyc te granice.
Wkurzylem sie nie na zarty, i stanalem teraz przed nim. Wygladalem niczym malutki szczeniaczek, ktoremu marzy sie aby zostac rasowym psem.
- Odpowiedz! - krzyknalem.
Po chwili poczulem jak lapie mnie za nadgarstki i ciagnie w strone lasu.
Przestraszony, zaczalem panikowac.
- Pusc mnie! Zostaw! - krzyczalem ile sil w plucach, probowalem sie wyrywac jednak uscisk na jego nadgarstku byl zbyt silny abym sam sobie z nim poradzil.
Bezsilnosc jest gorsza niz cierpienie. Bo pomimo swiadomosci, ze moglbys sie z tego uwolnic, nie mozesz wykonac zadnego ruchu. Mozesz tylko patrzec jak zabierajac ci najcenniejsze co tylko masz w sobie.
Niewinnosc, i czystosc ducha. Jezeli cie tego pozbawia, staniesz sie brudna szuja ich pokroju.
A od tego nie ma ucieczki, jedynym wyjsciem jest smierc.
- Badz cicho. - powiedzial oschle, rzucajac mnie na twarda ziemie. Kiedy zaczal rozpinac plaszcz swojego munduru rzucilem, sie do ucieczki.
Nie na wiele sie to zdalo, poniewaz juz po chwili upadlem na ziemie.
Trafilem chyba na cos ostrego, bo czulem jak delikatna skora na policzku rozcina sie i zaczyna swedziec.
Nachylil sie nademna z zamiarem pocalowania mnie, jednak ja naplulem mu prosto w twarz.
Spojrzal na mnie lodowato, scierajac sline ze swojego policzka.
A ja po chwili zalowalem swoich czynow. Nie pamietam ile czasu mnie okladal, ale nie trwalo to chwili.
- Dawno tego nie robilismy, co. Stesknilem sie za toba Eren. - wyszeptal lizac miekka skore na jego szyi.
Rozszerzyl mi nogi, a ja poczulem cos twardego miedzy swoimi posladkami.
Zacisnalem mocno zeby, to samo zrobilem z powiekami.
Nie mialem ochoty patrzec na jego twarz kiedy tak mnie krzywdzil. Nie chcialem tego pamietac, chcialem zapomniec i miec pewnosc ze przeciez ktos taki jak on nie bedzie chcial mnie skrzywdzic.
Skulilem sie w sobie, przestalem jednak plakac.
Spojrzalem pustym spojrzeniem w jego oczy. On usmiechnal sie lubieznie i naslinil swojego czlonka.
- A-argh! - krzyknalem spazmatycznie lapiac powietrze do pluc.
Rana ktora zagoila sie niedlugi czas temu, zaczela znow sie odnawiac. Nie bolalo tak jak za pierwszym razem, ale nie nalezalo to do niczego przyjemnego.
Polozylem rece na zimna , skroplona wilgotna rosa trawe i otworzylem oczy.
Widzialem kolor jego oczu, moglbym w nim utonac. Nie chce jednak jeszcze umierac, chce sie w tym zatracic.
Zacisnalem zeby i polozylem dlonie na jego ramionach. Przytulilem go, najczulej jak potrafilem.
Bol byl juz do zniesienia, czulem nawet cos co mozna nazwac przyjemnoscia.
Bo trafial w moj czuly punkt, po chwili znow zostawiajac mnie glodnego. Pragnacego osiagnac spelnienie.
Trwalem w tej pozycji chwile, do czasu az doszedl. Tym razem nie zrobil tego we mnie, spuscil sie na trawe obok mnie.
Zmeczony opadl na moje cialo. Trwalismy tak w ciszy, zaden z nas nie chcial pierwszy zaczac rozmowy, czekalem az cisze przerwie jego glos. Byl niski - jeszcze. Taki byl.
- Za dwa dni wyruszam na misje. - powiedzial spokojnym glosem.
- Na misje? - spytalem a moj glos zadrzal.
- Na polnocy tytani zaatakowali wioski. - odparl wstajac powoli.
Podniosl z ziemi swoje ubrania, i wlozyl je na siebie. Poczulem delikatnie uklucie w sercu. Bylo jednak na tyle silne, abym je poczul.
Krzyknalem do niego, kiedy mial juz odchodzic.
- Moge isc z toba?
Nie oczekiwalem ze sie zgodzi. Mialem jednak jeden cel w zyciu.. pozabijac wszystkie te scierwa bez wzgledu na to czy ktos wyrazi na to zgode czy nie.
- Az tak bardzo chcesz zginac? - spytal retorycznie, patrzac sie na mnie tym swoim wzrokiem.
- Nie bede siedzial spokojnie, kiedy nie daleko stad gina niewinni ludzie! - warknalem
Rivaille westchnal zirytowany.
- Nie ma mowy. - rzekl zimno, i odszedl zostawiajac mnie samego.
- Ale..- otworzylem usta aby cos powiedziec, jednak zaraz znow je zamknalem.
Zacisnalem zeby ze zlosci..
Wrocilem do wioski, i skierowalem sie w strone swojego spoczynku.
Nie chcialem niepotrzebnie zwracac na siebie uwagi.
Pech jednak chcial, ze po drodze spotkala mnie moja siostra, Mikasa.
- Eren! Szukalam cie! - krzyczala podbiegajac do mnie.
Zdziwila sie widzac rane na moim policzku.
- Co ci sie stalo? - zmarszczyla gniewnie brwi.
Rana byla bardzo widoczna, i piekla niemilosiernie.
- Przewrocilem sie, i rozcialem skore o ostry kamien. - odpowiedzialem cicho.
Dziewczyna przewrocila oczami.
- Zacznij na siebie uwazac. - skarcila mnie przemywajac mi rane woda.
- Dlaczego mnie szukalas? - zapytalem zaciekawiony, krzywiac sie kiedy polala ja jodyna.
- Szukaja chetnych do wyruszenia na misje. Chca miec u siebie najlepszych, wioska za polnocy zostala zaatakowana i doszczetnie spalona. Jezeli czegos z tym nie zrobia grozi nam niebezpieczenstwo. - odpowiedziala, naklejajac mi na policzek plaster.
- Rekrutuja wszystkich? - dopytywalem sie wciaz.
Nie mialem zamiaru siedziec w stanie wegetacji, kiedy moglem ich wszystkich pozabijac.
- Wydaje mi sie, ze tak. - usmiechnela sie siadajac na murku obok mnie.
- Chcialbym sie zapisac. - powiedzialem nagle, a usmiech z jej twarzy zniknal bardzo szybko.
Mikasa spojrzala na mnie przerazona. Pamieta jak dzis, kiedy o maly wlosy nie stracila swoje brata, kiedy on zamienil sie w tytana.
- Jestes pewien? - zamyslila sie chwile, a jej twarz posmutniala.
Chlopak skinal glowa.
Czarnowlosa spojrzala na niego ze lzami w oczach.
- Chce abys mi cos obiecal. - zaczela a lzy splynely po jej policzku. - Cokolwiek by sie nie dzialo, nie zamienisz sie w tytana.
Spojrzalem na nia zdziwiony, jednak po chwili usmiechnalem sie.
- Obiecuje. - powiedzialem spokojnie, a wiatr rozwial jej kruczo czarne wlosy.
Przytulila sie do mnie, najmocniej jak umiala prawie mnie duszac.
Wiedzialem ze ma tylko mnie. Nasi rodzice nie zyja, mamy tylko siebie nawzajem, wiec musimy dbac o siebie i chronic sie.
Wyjela z kieszeni munduru jakas kartke. Rozwinalem, a usmiech zakwitl na moje twarzy.
Szybko wypelnilem wszystkie potrzebne informacj, i zegnajac sie z Mikasa pognalem w strone urzedu.
Szedlem spokojnym do czasu, kiedy przed swoimi oczami nie ujrzalem Rivailla.
Serce podeszlo mi do gardla, blokujac mozliwosc normalnego oddechu.
Pomiedzy dwoma innymi kapitanami, siedzial czarnowlosy.
Zacisnalem zeby,i smialo do nich podszedlem.
Wyciagnalem kartke z kieszeni i polozylem ja przed nimi.
Rivaille zmarszczyl gniewnie brwi. Nic jednak nie mowil.
To chyba bylo gorsze od krzyku. Ta ciemna, zlowroga bijaca od niego aura.
Nie mial jednak innego wyjscia, jak przyjac jego zgloszenie. Eren spojrzal na jego twarz.
Nie trwalo to dlugo, poniewaz po chwili brunet odszedl szybkim krokiem opuszczajac budynek.
Rivaille chrzaknal glosno.
- Wybaczcie panowie, musze wyjsc na chwile. - powiedzial spokojnie, zabierajac ze stolu swoj pleciony, twardy pejcz ktorym porozumiewal sie z nieposlusznymi zolnierzami.
Nikt nie bedzie podwazal jego decyzji.
Eren szedl powolnym krokiem widzac juz z daleka Mikase i Armina czekajacych na niego.
" Zleje cie tak, ze nie bedziesz mial sily aby gdziekolwiek sie ruszyc."
Byl juz kilka metrow przed nimi, kiedy poczul mocno pchniecie w przod. Wywrocil sie na piaszczysta ziemie prosto na twarz.
Odwrocil sie w tyl i ujrzal przed soba Rivailla. Stal niewzruszony podchodzac do niego.
- Nie slyszales co do Ciebie powiedzialem? - zaczal groznie kopiac go kilka razy w brzuch.
Mikasa zauwazyla to dopiero kiedy uslyszala krzyk swojego brata.
Zacisnala mocno zeby, biegnac w ich strone.
- Przestan! - krzyknela
Jednak Rivaille calkowicie ja ingorowal bil go ciezkim pejczem po plecach.
- Riv.. Rivaille.. - szepnal slabo, probujac wstac. Nie mial jednak sily, bedac tak skatowany.
Kiedy padl jeszcze jeden cios, dziewczyna nie wytrzymala podbiegla do niego i uderzyla go z impetem w twarz.
Calej sytuacji przygladali sie pozostali zolnierze.
Zrobila to z taka sila, ze czarnowlosy upadl kilka metrow dalej.
Podbiegla szybko do Erena.
Byl nieprzytomny. Szybko sprawdzila jego puls, zyl ale jego oddech byl bardzo slaby.
Zaklnela w duchu. Po chwili poczula zimne ostrze, przy swojej szyi.
Levi nachylil sie nad jej uchem i wyszeptal cicho.
- Jezeli bylabys slaba, zabilbym cie. Wiem jednak, ze do czegos mozesz sie przydac. - powiedzial, popychajac ja mocno.
Poprawil swoj mundur, i schylil sie po swoja skorzanna zabawke.
Potem zerknal na Erena, i usmiechnal sie kpiaco.
- Nic mu nie bedzie. - rzekl oschle, odchodzac od nich kilka metrow.
Wokol panowala cisza. Nikt nie z zolnierzy nie byl na tyle odwazny, aby cokolwiek powiedziec.
Chociaz takie sytuacje nie byly rzadkoscia, nigdy nie robil tego z taka bezwzglednoscia.
Dziewczyna podniosla sie, stajac prosto.
- Dlaczego mu to zrobiles? Dlaczego do cholery?! - wrzasnela, a mezczyzna przystanal na chwile. Odwrocil glowe, i powiedzial beznamietnym tonem.
- Nie wykonywal moich rozkazow. - odparl idac przed siebie.
Dziewczyna nie wierzala w to co wlasnie uslyszala.
Jak to nie wykonywal rozkazow. To wlasnie on jako jedyny wykonywal je bez gadania, bo bardzo bal sie Kapitana po tym co zrobil na rozprawie w sadzie.
A teraz, kiedy lezy skatowany, nie bedzie chcial nawet na niego splunac.
Zaniesli go z Arminem do szpitala polowego.
*
Rankiem chlopak otworzyl powoli oczy. Wszystko go bolalo, czul jakby spadl z dwudziestu metrow na plecy. Na szczescie nie mial polamanych zeber, ani zadnych uszkodzen wewnetrznych. To wygladalo tak, jakby czarnowlosy wiedzial gdzie uderzyc aby go nie zakatowac na smierc.
Podniosl sie na lokciach, jutro ma wyjechac na misje. Nie ma mowy o tym aby zostal w szpitalu. Wstal powoli, ale zakrecilo mu sie w glowie i spowrotem usiadl na niewygodnej lezance.
Ubral swoja wczorajsza koszule, chociaz byla brudna od krwi i ziemi.
Wlozyl reszte munduru i sprobowal sie podniesc.
Za pierwszym razem sie nie udalo, za drugim jednak tak. Szedl powoli, trzymajac dlonie na klatce piersiowej.
Wszyscy zolnierze, patrzyli sie na niego z niedowierzaniem i wspolczuciem.
Wczoraj ten chlopak lezal na ziemi skatowany, a dzis idzie ledwie zywy nie poddajac sie.
Kazdy oddech powodowal ogromny bol, to przez to ze okladal go tym pejczem po calym ciele. Spojrzal na swoje dlonie, i ramiona ktore mial sine od ciosow.
Mial tez rozcieta warge, i zraniony nos.
Szedl w strone jego namiotu. Nie bal sie go, prawde mowiac nie obchodzilo go co mu zrobi.
Tym razem jednak, obiecal sobie ze jezeli podniesie na niego reke nie zawacha sie mu oddac.
Zobaczyl go z daleka, stal spokojnie obok drzew pijac goraca herbate.
Eren chcial cos do niego krzyknac, ale rozmyslil sie i po prostu do niego podszedl.
Levi spojrzal na niego zdziwiony.
- Nie spodziewalem sie, ze tak szybko z tego wyjdziesz. - powiedzial spokojnie, wpatrujac sie przed siebie.
Eren usmiechnal sie kpiaco.
- Nie rezygnuje z czegos tak latwo. - odparl - O ktorej jutrzejsza zbiorka? - spytal stajac naprzeciw niego.
On znow zmarszczyl brwi, powstrzymujac sie od tego zeby znowu spuscic mu wpierdol.
Spojrzal na niego chlodno, i wylal na niego zawartosc filizanki.
Na szczescie nie byl to juz wrzatek, wiec na tym nie ucierpial. Stal jak slup soli, obserwujac jak czarnowlosy odchodzi.
Moze po prostu nie docieralo do niego, ze Rivaille sie o niego martwi.
Nie kazdy potrafi dobrze okazywac swoje uczucia...
Nie widzialem go od tego czasu, kiedy wyjechal na delegacje do siedziby najwazniejszych osob w panstwie. Nie zebym za nim tesknil.
Zrobilem kwasna mine dotykajac dolne okolice mojego ciala, ale wyruszajac sam na patrole czulem sie co najmniej dziwnie.
Teraz byl juz wieczor, siedzialem przed swoim namiotem palac papierosa. Tutaj na wojnie,to jedyny sposob aby sie odstresowac, nie liczac agresji i przemocy.
Z moich rozmyslen obudzil mnie glosny dzwiek otwierania polnocnej bramy, spojrzalem z ciekawoscia w tamta strone i zobaczylem jak do miasta wjezdza dwudziestu najlepszych zolnierzy.
Byli szkoleni w zabijaniu. Najwierniejsi bohaterowie dla krola, ktory juz dawno poddal sie wszech otaczajacej korupcji , i zaklamaniu.
Obserwowalem ich bez ekscytacji, ale po chwili kiedy zobaczylem jak na koncu wjezdza ten powoz a z niego wychodzi Riveill serce podeszlo mi do gardla.
Z daleka widzialem jak kloci sie z innym kapitanem, najprawdopodobniej z powodu opoznionego przyjazdu. Jakis wysoki blondyn krzyczal i wymachiwal rekoma na czarnowlosego, kiedy on stal niewzruszony a po chwili sam odszedl.
Ucieszylem sie w duchu. Sam nie wiedzialem do konca z czego, po prostu nagle w srodku poczulem jak ogarnia mnie cieple uczucie spokoju.
Widzialem jak kieruje sie w moja strone, jednak zaraz kompani z jego grupy porywaja go ze soba. Posmutnialem odrobine, Mikasa i Armin sa na szkoleniu a ja zostalem zupelnie sam.
I stalem wtedy sam w samym srodku wioski, nie majac nikogo kto zdolalby mnie pokochac.
Wszyscy wokol mnie cieszyli sie z efektow swojego treningu a ja jak kompletny glupiec wpatrywalem sie w blekitne niebo. Nie zwracajac na nic innego uwagi.
Czasami chcialbym byc ptakiem, moglbym poleciec gdziekolwiek bym zechcial, byle tylko nie zlamac skrzydel.
Sluchalbym szumu wiatru, krzyku drzew.. ale bylbym bezpieczny..
Nikt nie moglby mnie zranic, mentalnie lamac mi serca..
Postanowilem pojsc do baru gdzie przebywal i pogratulowac mu zwyciestwa.
Slyszalem, ze bez pomocy nikogo zabil dwudziestu tytanow. Powoli szedlem w strone budynku, myslac nad trescia jaka chce mu przekazac.
W jaki sposob mialem to zrobic.. i dlaczego wogole chce?
Przeciez skrzywdzil mnie w tak okrutny sposob, grozil mi ze zrobi to jeszcze..
A ja pomimo tego lgne do niego jak cma do ognia, narazajac sie na niebezpieczenstwo.
Wszedlem przez prog a osiem podejrzliwych oczu spojrzalo w moja strone. Szukalem wzrokiem Leviego. W koncu znalazlem, ostatni stolik kolo okna, nie siedzial sam obok niego bylo jeszcze 3 jego kompanow.
Poprawilem plaszcz munduru, i glosno odetchnalem. Kiedy wylonilem sie od razu znalazlem wzrok Rivailla na mojej osobie.
Zolnierze obok niego rowniez patrzyli sie na mnie.
- Cos nie tak, Eren? - zapytal Levi pewnie nie spodziewal sie tutaj mojej osoby, a mimo tego przyszedlem.
Przelknalem glosno sline, a moja odwaga zmalala z tysiaca do zera.
- Ch-chcialem.. - zaczalem jakajac sie, na co zolnierze obok niego wybuchneli smiechem.
On jednak przygladal mi sie uwaznie, jakby nie zwracajac uwagi na te siedzace szympansy w ludzkiej skorze i sluchal moich slow.
- Chocialem pogratulowac ci ilosci zabitych tytanow. To naprawde robi wrazenie! - krzyknalem na jednym tchu, sciskajac w na piersi kluczyk ojca.
Pamieta tez dzien, kiedy Riveill zwrocil mu go pomimo zakazow ze strony sadu. Wzial na siebie wszystkie konsekwencje, i cala odpowiedzialnosc. Nadal jednak uwaza, ze tylko on bylby w stanie zabic mnie w formie tytana.
Moze to i lepiej, ginac z reki wybitnego bohatera, a nie zwyklego bojazliwego zolnierza..
Kiedy uslyszal co do niego powiedzialem usmiechnal sie. Nie byl to jednak usmiech podobny do tego ludzkiego, a raczej sposob w jaki chcial mi za to podziekowac.
- Eren, usiadziesz z nami? - spytal nagle, kiedy juz mialem zamiar odejsc.
Skinalem glowa, i usiadlem naprzeciw niego.
Jego oczy wpatrzone we mnie, chlodne i jednoczesnie plonace ogniem. Mam wrazenie ze ich kolor mnie przytlacza. Wiem jak beznadziejnie to brzmi, ale niestety nie moge sie powstrzymac.
Jego twarz nie wyrazala niczego. Smutku, prosby czy chociazby iskierki radosci, tylko czarna jak smola przestrzen wpatrywala sie w moje cialo rozrywajac je na kawalki i rozrzucajac po calym swiecie.
- Napijesz sie? - spytal sie, przez przypadek dotykajac mojej dloni.
Pokiwalem przeczaco glowa, nie mialem ochoty na alkohol a tym bardziej na pozniejsze konsekwencje.
Bawilem sie dobrze, wszyscy nawiazalismy ze soba jakis kontakt i dzielilismy sie historiami
z naszego zycia. Nie dalem sie namowic nawet na krople wodki kaktusowej, na ktora namawiali mnie pozostali.
Godzine pozniej, rozchodzili sie do swoich namiotow.
Szedlem krok w krok z czarnowlosym, trwajac w ciszy. Nie byla ona jednak krepujaca, a raczej przyjemna.
Ni stad ni z owad postanowilem zapytac go, o jego dawne zycie.
- Dlaczego zrezygnowales z zycia w gangu? - zapytalem nagle burzac napiety spokoj.
On spojrzal na mnie zdziwiony, jakby nie mial pojecia co ma mi odpowiedziec.
Zmarszczyl brwi przyszpieszyl kroku.
- Powiesz mi? Chcialbym wiedziec.. - wyszeptalem denerwujac go coraz bardziej.
Nie wiedzialem jak szybko moge przekroczyc te granice.
Wkurzylem sie nie na zarty, i stanalem teraz przed nim. Wygladalem niczym malutki szczeniaczek, ktoremu marzy sie aby zostac rasowym psem.
- Odpowiedz! - krzyknalem.
Po chwili poczulem jak lapie mnie za nadgarstki i ciagnie w strone lasu.
Przestraszony, zaczalem panikowac.
- Pusc mnie! Zostaw! - krzyczalem ile sil w plucach, probowalem sie wyrywac jednak uscisk na jego nadgarstku byl zbyt silny abym sam sobie z nim poradzil.
Bezsilnosc jest gorsza niz cierpienie. Bo pomimo swiadomosci, ze moglbys sie z tego uwolnic, nie mozesz wykonac zadnego ruchu. Mozesz tylko patrzec jak zabierajac ci najcenniejsze co tylko masz w sobie.
Niewinnosc, i czystosc ducha. Jezeli cie tego pozbawia, staniesz sie brudna szuja ich pokroju.
A od tego nie ma ucieczki, jedynym wyjsciem jest smierc.
- Badz cicho. - powiedzial oschle, rzucajac mnie na twarda ziemie. Kiedy zaczal rozpinac plaszcz swojego munduru rzucilem, sie do ucieczki.
Nie na wiele sie to zdalo, poniewaz juz po chwili upadlem na ziemie.
Trafilem chyba na cos ostrego, bo czulem jak delikatna skora na policzku rozcina sie i zaczyna swedziec.
Nachylil sie nademna z zamiarem pocalowania mnie, jednak ja naplulem mu prosto w twarz.
Spojrzal na mnie lodowato, scierajac sline ze swojego policzka.
A ja po chwili zalowalem swoich czynow. Nie pamietam ile czasu mnie okladal, ale nie trwalo to chwili.
- Dawno tego nie robilismy, co. Stesknilem sie za toba Eren. - wyszeptal lizac miekka skore na jego szyi.
Rozszerzyl mi nogi, a ja poczulem cos twardego miedzy swoimi posladkami.
Zacisnalem mocno zeby, to samo zrobilem z powiekami.
Nie mialem ochoty patrzec na jego twarz kiedy tak mnie krzywdzil. Nie chcialem tego pamietac, chcialem zapomniec i miec pewnosc ze przeciez ktos taki jak on nie bedzie chcial mnie skrzywdzic.
Skulilem sie w sobie, przestalem jednak plakac.
Spojrzalem pustym spojrzeniem w jego oczy. On usmiechnal sie lubieznie i naslinil swojego czlonka.
- A-argh! - krzyknalem spazmatycznie lapiac powietrze do pluc.
Rana ktora zagoila sie niedlugi czas temu, zaczela znow sie odnawiac. Nie bolalo tak jak za pierwszym razem, ale nie nalezalo to do niczego przyjemnego.
Polozylem rece na zimna , skroplona wilgotna rosa trawe i otworzylem oczy.
Widzialem kolor jego oczu, moglbym w nim utonac. Nie chce jednak jeszcze umierac, chce sie w tym zatracic.
Zacisnalem zeby i polozylem dlonie na jego ramionach. Przytulilem go, najczulej jak potrafilem.
Bol byl juz do zniesienia, czulem nawet cos co mozna nazwac przyjemnoscia.
Bo trafial w moj czuly punkt, po chwili znow zostawiajac mnie glodnego. Pragnacego osiagnac spelnienie.
Trwalem w tej pozycji chwile, do czasu az doszedl. Tym razem nie zrobil tego we mnie, spuscil sie na trawe obok mnie.
Zmeczony opadl na moje cialo. Trwalismy tak w ciszy, zaden z nas nie chcial pierwszy zaczac rozmowy, czekalem az cisze przerwie jego glos. Byl niski - jeszcze. Taki byl.
- Za dwa dni wyruszam na misje. - powiedzial spokojnym glosem.
- Na misje? - spytalem a moj glos zadrzal.
- Na polnocy tytani zaatakowali wioski. - odparl wstajac powoli.
Podniosl z ziemi swoje ubrania, i wlozyl je na siebie. Poczulem delikatnie uklucie w sercu. Bylo jednak na tyle silne, abym je poczul.
Krzyknalem do niego, kiedy mial juz odchodzic.
- Moge isc z toba?
Nie oczekiwalem ze sie zgodzi. Mialem jednak jeden cel w zyciu.. pozabijac wszystkie te scierwa bez wzgledu na to czy ktos wyrazi na to zgode czy nie.
- Az tak bardzo chcesz zginac? - spytal retorycznie, patrzac sie na mnie tym swoim wzrokiem.
- Nie bede siedzial spokojnie, kiedy nie daleko stad gina niewinni ludzie! - warknalem
Rivaille westchnal zirytowany.
- Nie ma mowy. - rzekl zimno, i odszedl zostawiajac mnie samego.
- Ale..- otworzylem usta aby cos powiedziec, jednak zaraz znow je zamknalem.
Zacisnalem zeby ze zlosci..
Wrocilem do wioski, i skierowalem sie w strone swojego spoczynku.
Nie chcialem niepotrzebnie zwracac na siebie uwagi.
Pech jednak chcial, ze po drodze spotkala mnie moja siostra, Mikasa.
- Eren! Szukalam cie! - krzyczala podbiegajac do mnie.
Zdziwila sie widzac rane na moim policzku.
- Co ci sie stalo? - zmarszczyla gniewnie brwi.
Rana byla bardzo widoczna, i piekla niemilosiernie.
- Przewrocilem sie, i rozcialem skore o ostry kamien. - odpowiedzialem cicho.
Dziewczyna przewrocila oczami.
- Zacznij na siebie uwazac. - skarcila mnie przemywajac mi rane woda.
- Dlaczego mnie szukalas? - zapytalem zaciekawiony, krzywiac sie kiedy polala ja jodyna.
- Szukaja chetnych do wyruszenia na misje. Chca miec u siebie najlepszych, wioska za polnocy zostala zaatakowana i doszczetnie spalona. Jezeli czegos z tym nie zrobia grozi nam niebezpieczenstwo. - odpowiedziala, naklejajac mi na policzek plaster.
- Rekrutuja wszystkich? - dopytywalem sie wciaz.
Nie mialem zamiaru siedziec w stanie wegetacji, kiedy moglem ich wszystkich pozabijac.
- Wydaje mi sie, ze tak. - usmiechnela sie siadajac na murku obok mnie.
- Chcialbym sie zapisac. - powiedzialem nagle, a usmiech z jej twarzy zniknal bardzo szybko.
Mikasa spojrzala na mnie przerazona. Pamieta jak dzis, kiedy o maly wlosy nie stracila swoje brata, kiedy on zamienil sie w tytana.
- Jestes pewien? - zamyslila sie chwile, a jej twarz posmutniala.
Chlopak skinal glowa.
Czarnowlosa spojrzala na niego ze lzami w oczach.
- Chce abys mi cos obiecal. - zaczela a lzy splynely po jej policzku. - Cokolwiek by sie nie dzialo, nie zamienisz sie w tytana.
Spojrzalem na nia zdziwiony, jednak po chwili usmiechnalem sie.
- Obiecuje. - powiedzialem spokojnie, a wiatr rozwial jej kruczo czarne wlosy.
Przytulila sie do mnie, najmocniej jak umiala prawie mnie duszac.
Wiedzialem ze ma tylko mnie. Nasi rodzice nie zyja, mamy tylko siebie nawzajem, wiec musimy dbac o siebie i chronic sie.
Wyjela z kieszeni munduru jakas kartke. Rozwinalem, a usmiech zakwitl na moje twarzy.
Szybko wypelnilem wszystkie potrzebne informacj, i zegnajac sie z Mikasa pognalem w strone urzedu.
Szedlem spokojnym do czasu, kiedy przed swoimi oczami nie ujrzalem Rivailla.
Serce podeszlo mi do gardla, blokujac mozliwosc normalnego oddechu.
Pomiedzy dwoma innymi kapitanami, siedzial czarnowlosy.
Zacisnalem zeby,i smialo do nich podszedlem.
Wyciagnalem kartke z kieszeni i polozylem ja przed nimi.
Rivaille zmarszczyl gniewnie brwi. Nic jednak nie mowil.
To chyba bylo gorsze od krzyku. Ta ciemna, zlowroga bijaca od niego aura.
Nie mial jednak innego wyjscia, jak przyjac jego zgloszenie. Eren spojrzal na jego twarz.
Nie trwalo to dlugo, poniewaz po chwili brunet odszedl szybkim krokiem opuszczajac budynek.
Rivaille chrzaknal glosno.
- Wybaczcie panowie, musze wyjsc na chwile. - powiedzial spokojnie, zabierajac ze stolu swoj pleciony, twardy pejcz ktorym porozumiewal sie z nieposlusznymi zolnierzami.
Nikt nie bedzie podwazal jego decyzji.
Eren szedl powolnym krokiem widzac juz z daleka Mikase i Armina czekajacych na niego.
" Zleje cie tak, ze nie bedziesz mial sily aby gdziekolwiek sie ruszyc."
Byl juz kilka metrow przed nimi, kiedy poczul mocno pchniecie w przod. Wywrocil sie na piaszczysta ziemie prosto na twarz.
Odwrocil sie w tyl i ujrzal przed soba Rivailla. Stal niewzruszony podchodzac do niego.
- Nie slyszales co do Ciebie powiedzialem? - zaczal groznie kopiac go kilka razy w brzuch.
Mikasa zauwazyla to dopiero kiedy uslyszala krzyk swojego brata.
Zacisnala mocno zeby, biegnac w ich strone.
- Przestan! - krzyknela
Jednak Rivaille calkowicie ja ingorowal bil go ciezkim pejczem po plecach.
- Riv.. Rivaille.. - szepnal slabo, probujac wstac. Nie mial jednak sily, bedac tak skatowany.
Kiedy padl jeszcze jeden cios, dziewczyna nie wytrzymala podbiegla do niego i uderzyla go z impetem w twarz.
Calej sytuacji przygladali sie pozostali zolnierze.
Zrobila to z taka sila, ze czarnowlosy upadl kilka metrow dalej.
Podbiegla szybko do Erena.
Byl nieprzytomny. Szybko sprawdzila jego puls, zyl ale jego oddech byl bardzo slaby.
Zaklnela w duchu. Po chwili poczula zimne ostrze, przy swojej szyi.
Levi nachylil sie nad jej uchem i wyszeptal cicho.
- Jezeli bylabys slaba, zabilbym cie. Wiem jednak, ze do czegos mozesz sie przydac. - powiedzial, popychajac ja mocno.
Poprawil swoj mundur, i schylil sie po swoja skorzanna zabawke.
Potem zerknal na Erena, i usmiechnal sie kpiaco.
- Nic mu nie bedzie. - rzekl oschle, odchodzac od nich kilka metrow.
Wokol panowala cisza. Nikt nie z zolnierzy nie byl na tyle odwazny, aby cokolwiek powiedziec.
Chociaz takie sytuacje nie byly rzadkoscia, nigdy nie robil tego z taka bezwzglednoscia.
Dziewczyna podniosla sie, stajac prosto.
- Dlaczego mu to zrobiles? Dlaczego do cholery?! - wrzasnela, a mezczyzna przystanal na chwile. Odwrocil glowe, i powiedzial beznamietnym tonem.
- Nie wykonywal moich rozkazow. - odparl idac przed siebie.
Dziewczyna nie wierzala w to co wlasnie uslyszala.
Jak to nie wykonywal rozkazow. To wlasnie on jako jedyny wykonywal je bez gadania, bo bardzo bal sie Kapitana po tym co zrobil na rozprawie w sadzie.
A teraz, kiedy lezy skatowany, nie bedzie chcial nawet na niego splunac.
Zaniesli go z Arminem do szpitala polowego.
*
Rankiem chlopak otworzyl powoli oczy. Wszystko go bolalo, czul jakby spadl z dwudziestu metrow na plecy. Na szczescie nie mial polamanych zeber, ani zadnych uszkodzen wewnetrznych. To wygladalo tak, jakby czarnowlosy wiedzial gdzie uderzyc aby go nie zakatowac na smierc.
Podniosl sie na lokciach, jutro ma wyjechac na misje. Nie ma mowy o tym aby zostal w szpitalu. Wstal powoli, ale zakrecilo mu sie w glowie i spowrotem usiadl na niewygodnej lezance.
Ubral swoja wczorajsza koszule, chociaz byla brudna od krwi i ziemi.
Wlozyl reszte munduru i sprobowal sie podniesc.
Za pierwszym razem sie nie udalo, za drugim jednak tak. Szedl powoli, trzymajac dlonie na klatce piersiowej.
Wszyscy zolnierze, patrzyli sie na niego z niedowierzaniem i wspolczuciem.
Wczoraj ten chlopak lezal na ziemi skatowany, a dzis idzie ledwie zywy nie poddajac sie.
Kazdy oddech powodowal ogromny bol, to przez to ze okladal go tym pejczem po calym ciele. Spojrzal na swoje dlonie, i ramiona ktore mial sine od ciosow.
Mial tez rozcieta warge, i zraniony nos.
Szedl w strone jego namiotu. Nie bal sie go, prawde mowiac nie obchodzilo go co mu zrobi.
Tym razem jednak, obiecal sobie ze jezeli podniesie na niego reke nie zawacha sie mu oddac.
Zobaczyl go z daleka, stal spokojnie obok drzew pijac goraca herbate.
Eren chcial cos do niego krzyknac, ale rozmyslil sie i po prostu do niego podszedl.
Levi spojrzal na niego zdziwiony.
- Nie spodziewalem sie, ze tak szybko z tego wyjdziesz. - powiedzial spokojnie, wpatrujac sie przed siebie.
Eren usmiechnal sie kpiaco.
- Nie rezygnuje z czegos tak latwo. - odparl - O ktorej jutrzejsza zbiorka? - spytal stajac naprzeciw niego.
On znow zmarszczyl brwi, powstrzymujac sie od tego zeby znowu spuscic mu wpierdol.
Spojrzal na niego chlodno, i wylal na niego zawartosc filizanki.
Na szczescie nie byl to juz wrzatek, wiec na tym nie ucierpial. Stal jak slup soli, obserwujac jak czarnowlosy odchodzi.
Moze po prostu nie docieralo do niego, ze Rivaille sie o niego martwi.
Nie kazdy potrafi dobrze okazywac swoje uczucia...
niedziela, 29 września 2013
Eren X Reveille rodział 1
W jednostce wojskowej dzien dobiegal konca. Zolnierze patrolujacy poza murami wrocili do bazy. Nie byli zadowoleni z dzisiejszego dnia. Stracili kilka osob, zabijajac tylko jednego tytana.
Eren szedl przed siebie zawiedziony swoimi umiejetnosciami. Sytuacja nie byla na tyle powazna aby musial sam przybrac forme tytana, ale gdyby w pore nie pojawil sie Levi nie wiadomo do czego by doszlo.
Obok niego szedl czarnowlosy tez trwajac w milczeniu. Nie ukazywal zadnych emocji, rzadko jakiekolwiek pojawialy sie na jego twarzy. Jego mimika konczyla sie na podniesieniu brwi, czy zmarszczeniu czola kiedy byl zly, ale kiedy pojawiala sie jakas szczesliwa wiadomosc nie usmiechal sie. To tak jakby odrzucil mysl o tym ze dobre rzeczy tez czasami moga sie przytrafic.
- Moglo pojsc lepiej, nie uwazasz Kapitanie?
Levi spojrzal na niego katem oka, i skinal glowa.
- Ten tytan byl inteligentny, a my nie tego sie spodziewalismy. - odparl zwalniajac troche kroku.
Za nimi pojawil sie Armin i siostra Erena, Mikasa. Dziewczyna spojrzala na czarnowlosego.
Od zawsze go nie lubila. Nawet tego nie ukrywala, od kiedy podniosl reke na jej brata stracil w jej oczach wszystkie dobre cechy jakie myslala ze posiada.
Blondyn przerwal narastajaca cisze, ktora zaczynala robic sie krepujaca.
- Na gorsze dni najlepsza jest impreza! - krzyknal usmiechniety.
- Impreza? - powtorzyla Mikasa zdziwiona. Blondyn nigdy nie wydawal sie tak odwazny by sam zaczac konwersacje.
- Masz racje, sama bym cos wypila. - powiedziala po chwili, usmiechajac sie.
Mikasa usmiechajaca sie to bylo dla nich wszystkich cos nowego.
- Skoro ty Mikasa, to ja tez. - dodal Eren rowniez sie usmiechajac.
Teraz brunet spojrzal na Leviego. Wygladal jakby w ogole ich nie sluchal, musial nad czyms rozmyslac.
Jednak to zaniepokoilo Erena, bo w tamtej chwili wydawalo sie jakby byl... smutny?
Czy on w ogole zna takie uczucie jakim jest "smutek"?
- Kapitanie, wybierzesz sie z nami? - zapytal Armin patrzac na niego uwaznie.
On zerknal na nich w jednej sekundzie odbierajac im na to cala nadzieje. Nie spodziewali sie jednak tego, ze sie zgodzi.
- Ten jeden raz, moge. - odpowiedzial spokojnie, przenoszac wzrok na Erena a potem na swoje buty.
- Znam swietna knajpe niedaleko, chodzmy! - zapiszczal podekscytowany.
Wszyscy procz czarnowlosego wybuchli glosnym smiechem slyszac jaki blondyn wydal z siebie dzwiek.
Kilka ulic dalej znalezli to o czym mowil Armin. Nie duzy bar na skraju ulicy.
Weszli do srodka, siadajac przy oknie. Siedzacy obok Erena Levi stukal palcami o drewniany stolik, brunet byl odwrocony w inna strone wiec nie wiedzac ze to moze byc jego Kapitan, krzyknal glosno.
- Do cholery jasnej moglabys przestac! - odwrocil sie w bok, i spotka zimne jak lod spojrzenie mezczyzny.
Przerazony dodal - Mikasa..
Armin przerwal to przynoszac na stol dwie duze butelki wodki. Rozdal wszystkim kieliszki i zaczal nalewac do nich trunku.
- Za lepsze dni! - krzyknela Mikasa a za nia prawie wszyscy..
Chcieli sie usmiechnac ale smak przerazajaco mocnej wodki im tu uprzykrzyl.
Po kilku nastepnych kieliszkach atmosfera rozluznila sie i nawet oschly Levi czasami dodal cos od siebie.
- Smakuje Ci? - zapytal Levi, usmiechajac sie niepokojaco uprzejmie.
Eren zdziwil sie, wprawdzie nie mogl uwierzyc wlasnym oczom.
Brunet pokiwal glowa, i chcial odwzajemnic usmiech ale cos wlasnie wytracilo go z tropu.
- Dolac ci? - Dodal przysuwajac sie do niego odrobine.
Brunet obok nie czul dyskomfortu z bliskosci Leviego, nawet nie zwracal na to uwagi, ale wszystko obserwujaca Mikasa dobrze wiedziala ze cos jest nie tak.
Spojrzala podejrzliwie na kapitana, ktory wygladal juz na niezle wstawionego. Myslala nad tym chwile jednak alkohol to alkohol wszystkich zmienia.
Nawet takiego zimnego drania jakim jest on.
Wszyscy bawili sie doskonale, blondyn rozmawial z Mikasa wspominajac smiesze sytuacje z ich dziecinstwa, Eren i Levi zaczeli pic coraz wiecej i coraz szybciej.
Jakby to mial byc jakis pojedynek, pili i pili nie myslac o pozniejszych konsekwencjach.
W koncu alkohol sie skonczyl, i postanowili wrocic do swoich namiotow. Jutro po poludniu mieli stawic sie na kolejnym waznym patrolu.
Namioty Mikasy i Armina byly na koncu wioski, a Erena i Leviego na poczatku.
Oczywistym bylo ze mieli je osobno, z racji tego ze Reveille jest Kapitanem chlopaka.
- Odprowadzic cie, Eren? - spytala Mikasa zerkajac na Leviego.
Brunet usmiechnal sie w wyjatkowo pijackim stylu, i pokiwal przeczaco glowa.
Kiedy jest pijany, robi sie bardzo beztroski.
- Nie tszeba.. - wymamrotal - Levis mnie odprowadzi. Co nie Levis. - dodal sciskajac go za policzek.
Czarnowlosy spojrzal na niego zdziwiony, i jakby odrobine zazenowany cala ta sytuacja nie czekajac na pozegnanie po prostu odszedl.
- Co za ignorant. - prychnela Mikasa odchodzac z blondynem.
Pijany chlopak szedl za Kapitanem chwiejac sie na boki. Ludzie przygladali sie im zszokowani. Nigdy nie widzieli aby ich Kapitan wracal wlasnie pijany. Szedl przed siebie nie zwracajac uwagi na szepty innych zolnierzy.
Eren szedl obok niego usmiechajac sie do siebie, i nucac cos pod nosem.
Zirytowany Rivaille postanowil w delikatny sposob zwrocic mu uwage.
- Moglbys sie zamknac? - zapytal, jednak na nic zdaly sie jego prosby gdyz ten chlopak juz dawno go nie sluchal.
Uniosl glowe do gory, a kosmyki wlosow przyslonily mu oczy. Otworzyl delikatnie usta, po chwili zamknal je i sie usmiechnal.
Levi przelknal sline, patrzac na chlopaka.
- Jakie piekne mamy dzis niebo! - wykrzyknal pokazujac swiatu szereg swoim sniezno bialych zabkow.
Levi spojrzal w gore, i wzruszyl ramionami.
- Zawsze wyglada tak samo. - odrzekl obojetnie.
Eren pokiwal glowa.
- Nie badz taki gruboskorny, Levi. - powiedzial nagle, szturchajac go lokciem.
- Levi? - powtorzyl zdziwiony.
- Mhm! To bedzie od dzisiaj twoj pseudonim. - zachichotal, znowu go szturchajac.
Kapitan westchnal gleboko, zero szacunku do jego osoby. A przeciez nie byl byle kim, byl Kapitanem i ma nawet nasze by awansowac wyzej.
- Ales ty jestes upierdliwy. - powiedzial ciezko, idac w strone swojego namiotu.
Brunet pozegnal go usmiechem, i sam wszedl do swojego.
Zasnal bardzo szybko, jednak co noc kiedy sie kladl zdawal sobie sprawe ze moze do kogos w nocy "wpasc". Lunatykuje od czwartego roku zycia. Chcial zeby to byli wszyscy, wszyscy oprocz Leviego. Zycie jednak nie zawsze wysluchuje naszych prosb. Czasami nas najnormalniej w swiecie ignoruje.
Pomimo ze bylo juz pozno, Kapitan nadal sie spal. Lezal przy pol zywej lampce, wpatrujac sie w szaro bury kolor namiotu.
Nagle zerwal sie kiedy uslyszal jak ktos probuje sie dostac do srodka. Kto osmielil sie zaklocac jego spokoj. Oczywiscie nie zdawal sobie sprawy ze stoi przed nim wlasnie trwajacy nadal we snie chlopak.
- Eren? - zapytal szeptem, widzac przed soba pol nagiego bruneta.
Patrzyl sie na niego, pomimo ze tak naprawde nadal spal. Levi pomachal mu dlonia przed oczyma jednak nie bylo z jego strony zadnej reakcji.
Nie zwazajac na protesty Kapitana wszedl do srodka jego swiatyni. Jedynego miejsca w ktorym mogl spokojnie posiedziec w ciszy.
Rivaille patrzyl sie na niego zszokowany, kiedy on zaczal sciagac swoje spodnie. I siedzial w samej bieliznie usmiechajac sie.
W tak wyjatkowo dziwkarski sposob. Kim w takim razie w ogole jest ten chlopak, skoro w srodku nocy wyczynia takie rzeczy?
Potem przysunal sie do niego odrobine, w jego oddechu czuc bylo alkohol i dlonmi polozyl go na materac.
- Co ty wyprawiasz. - szepnal - Ah-h
Poczul jak dlon chlopaka masuje przez material spodni jego meskosc. Robil to cholernie dobrze, tak jakby znal te ruchy od podszewki.
Usmiechnal sie, zrobil to w taki sam sposob jak na poczatku.
Kiedy zaczal rozpinac spodnie czarnowlosego, ten wiedzal ze musi natychmiast przemowic mu do rozsadku.
Chcial juz krzyknac do niego cos obrazliwego kiedy poczul jak cos na dole dotyka go tam bardzo umiejetnie. Poczul tez jak cos mokrego muska jego krocze.
Eren wzial do ust jego penisa i zaczal sie nim zabawiac. Nie byl gorszy od gwiazdy porno, ssal go, tracal jezykiem i masowal.
- Do cholery jasnej.. - zaczal slabo patrzac na to wszystko - Eren, przestan.
Mimo tego ze chcial go wyrzucic, nie byl w stanie wykonac zadnego ruchu. Nie doszlo do niego jeszcze to po co przyszedl do niego chlopak.
Siegnal dlonia na glowe chlopaka, i zaczal nia rytmicznie poruszac, kilka razy docisnal ja i uslyszal jak dusi sie jego duzym przyrodzeniem.
To mu sie jednak podobalo, lubil bol i sposob w jaki ludzie go odczuwaja.
Juz na poczatku spuscil brunetowi niezly lomot, i nie czul sie z tego powodu zle. Wrecz przeciwnie czul sie bardzo dobrze, byl podniecony.
Obciagal mu jeszcze chwile, kiedy czarnowlosy spuscil sie w jego usta. Eren zakrztusil sie jego sperma. Ten widok jak biala mazia splywa w kacikach jego ust i opada mu na nagi tors, odebral mezczyznie mowe.
Spojrzal na twarz bruneta, i w jego oczy. Chlopak wygladal na cholernie podnieconego. Levi podniosl kacik ust do gory i cicho rzekl :
- Rozumiem.
Zaczal sciagac swoja koszulke i rzucil ja w kat. W jego oczach blysnela chec ciala Erena.
To juz nie byl ten sam czlowiek, teraz wyszla jego druga osobowosc.
Pchnal go na materac, przyszpilajac do niego tak mocno ze ten wbil sie w niego.
Potem zaczal obcalowywac cale jego cialo, cal po calu, centymetr po centymetrze. Od gory w dol. Calowal go bardzo zachlannie, chlopak oddawal pocalunek. Robili to niczym zwierzeta, nie bylo w tym odrobiny romantyzmu. Tylko i wylacznie pragnienie seksu.
Reveille rozszerzyl nogi chlopaka i naslinil jego wejscie, usmiechnal sie i szybko w niego wszedl.
I w tym momencie cala bajka prysnela. Eren otworzyl szeroko oczy, bol jaki przeszyl jego cialo byl na tyle mocny by zbudzic go z transu.
Zachlysnal sie powietrzem. Rozejrzal sie w okol calkowicie zdezorientowany.
Czemu Levi wlasnie go pieprzy, i dlaczego czuje slony posmak w ustach.
- Zostaw mnie! - warknal wyrywaj sie.
To jednak na nic, poniewaz uscisk rak kapitana byl zbyt mocny by wciaz pijany chlopak mogl sobie z tym poradzic.
- A coz to za zmiana? - zapytal widzac jak do oczu chlopaka naplywaja lzy. Nie przestawal sie w nim poruszac, to bolalo chyba bardziej niz dni spedzone w ciele tytana.
- Wylaz ze mnie! To boli! Argh! - krzyczal, zdzierajac sobie gardlo.
- Jeszcze przed chwila, sam chciales abym to zrobil. To nie fair tak szybko zmieniac zdanie, Eren. - wyszeptal calujac jego szyje i zostawiajac na niej bolesne malinki.
Zacisnal mocno piesci i udalo mu sie uderzyc w twarz Kapitana. Zrobil to bardzo mocno, mimika jego twarzy zmienila sie i w tamtej chwili byla chlodniejsza niz kiedykolwiek.
Zlapal go za szyje i nachylil sie nad jego uchem. Podniosl jego nogi wyzej, aby moc glebiej wejsc a co za tym idzie zadac mu wiekszy bol.
- Bede cie pieprzyl, az wyzioniesz ducha. - wyszeptal przyspieszajac tempa.
Eren poczul jak po udach splywa mu krew, duza meskosc Leviego ocierala sie o jego wejscie powodujac krwawienie.
Zaczal plakac niczym krzywdzone dziecko, Rivaille byl jednak niewzruszony, pieprzyl go najmocniej jak potrafil. W koncu gdyby Eren tego nie zaczal, to nie mialoby miejsca.
Wchodzi.. wychodzi.. wchodzi .. wychodzi..
Jedyne o czym myslal w tamtej chwili chlopak to to aby Levi w koncu doszedl.
Zwolnil odrobine tempa, ale za to wszedl coraz glebiej. Tak mocno, ze chlopak zakrztusil sie slina, jego dlonie byly skutecznie unieruchomione.
- Jezeli nie przestaniesz.. - wysapal zmeczony.. - odpowiesz za to co wlasnie robisz.
Rivaille usmiechnal sie.
- Grozisz mi? - zakpil przyspieszajac tempa, i obserwujac jak chlopak mocno zaciska powieki.
Zaraz jednak spowaznial. Przestal na chwile, patrzac mu prosto w oczy.
- Jezeli pisniesz choc slowko, wtedy zerzne cie tak ze nie bedziesz w stanie juz mowic. -
Chlopak spojrzal na niego przerazony, nigdy jeszcze nie czul od nikogo tak wielkiej zlosci w kilku slowach.
Po kilku minutach doszedl w nim. Eren poczul jak cos bardzo cieplego rozlewa sie w jego wnetrzu. Przeszedl go dreszcz obrzydzenia, zdawal sobie sprawe ze czarnowlosy spuscil sie w nim. Reveille usiadl obok, ubierajac sie. Chlopak nadal lezal trzesac sie z przerazenia.
Do jego nozdrzy dotarl zapach papierosow. Zamknal oczy i nawet nie wiedzial kiedy zasnal.
** Ranek, nastepnego dnia.
Eren obudzil sie pozniej niz zwykle. Podniosl sie szybko, kiedy poczul rozdzierajacy bol w dolnych partiach ciala. Przymknal powieki, i przypomnial sobie wczorajsze zajscie.
Przemyl sie szybko ,i wlozyl na siebie swoj mundur.
Kiedy wyszedl z namiotu powitaly go jasne promienie slonca. Szukal w tlumie kogos znajomego, kiedy poczul jak ktos z tylu puka go w ramie. Modlil sie aby nie byl to Rivaille.
Odwrocil sie i odetchnal z ulga, stala przed nim zdziwona Mikasa.
Patrzyla na niego niezrozumiale, bo w tamtej chwili jej brat wygladal jakby cala krew z niego uleciala.
- Jestes strasznie blady, wszystko w porzadku? - spytala zaniepokojona jego wygladem.
Chlopak skinal glowa i usmiechnal sie sztucznie.
- Tak, wszystko w porzadku. - odparl spokojnie.
- Co robiles w namiocie Kapitana? - zapytala podejrzliwie.
- Po wczorajszym bardzo zle sie czul, zaopiekowalem sie nim. - powiedzial Levi, pojawiajac sie obok nich.
Eren stanal nieruchomo, przestraszony niczym dziecko ktore zobaczy cos zlego.
Nawet nie podniosl glowy, by na niego spojrzec.
- Ty i ludzkie zachowania? To cos nowego. - wysyczala dziewczyna patrzac na niego.
Levi usmiechnal sie sztucznie, i spojrzal na bruneta.
Mial cholerna ochote zeby znowu go wziac.
- Jak sie czujesz Eren? - zapytal troskliwie.
Parodia czulosci.
Nadal nie odwazyl sie aby na niego spojrzec, czul do niego ogromny strach po tym co wczoraj Levi mu obiecal.
- Dobrze, Kapitanie. - powiedzial cicho.
Armin zajal rozmowa Mikase zostawiajac ich dwojke samych.
Cisze przerwal glos Rivaille.
Byl chlodny jak zawsze..
- Jezeli nie zaczniesz zachowywac sie normalnie.. - podszedl do niego wyszeptal do jego ucha
- zrobie to zaraz jeszcze raz..
Brunet zadrzal. Nie wyobrazal sobie drugiego razu, juz teraz wszystko go boli nadal ma tam swieza rane.
- Przepraszam. - wyszeptal przestraszony, wbijajac wzrok w podloge.
Levi usmiechnal sie, i dotknal dlonia jego twarzy.
- Przyjde za kilka dni, masz czas dla siebie. - powiedzial odchodzac od chlopaka.
Sek w tym ze na patrol Eren przydzielony jest wlasnie z Kapitanem, a jesli cos mu strzeli do glowy. Czy on teraz zostanie jego dziwka? Te mysli caly dzien chodzily za chlopakiem, nie mogl nawet usiedziec na koniu z powodu bolu po wczorajszym gwalcie.
Zobaczyl jak Rivaille rozmawia z jakas dziewczyna, i jak ona usmiecha sie do niego wsuwajac mu do kieszeni plaszcza jakas karteczke.
Pomimo tego, ze nadal byl na niego zly za wczoraj, poczul przeogromna ciekawosc i zlosc z powodu tej jednej malej cholernej karteczki.
Czy oni wlasnie ze soba flirtowali?
Kiedy dziewczyna odeszla obok niego pojawila sie Mikasa i Armin, za pare minut mielismy wyruszac na patrol. Ja czulem jednak ze nie dam rady wysiedziec tyle czasu na koniu po tym co zdarzyl sie wczorajszej nocy.
Podszedl do niego, ale zwrocil uwage swojej siostry i przyjaciela.
- Ja.. - zaczalem niepewnie - Chcialem poprosic Kapitanie, o zwolnienie z dzisiejszego patrolu.
- Zle sie czujesz Eren? - wtracila sie dziewczyna.
- Rob co chcesz. - rzekl chlodno, przygotowujac swojego konia.
Nie zdziwila go ta odpowiedz, w koncu wszyscy wiedza ze on nigdy nie pyta o powod. Daje wolna wole, jednak za swoje decyzje ty odpowiadasz sam.
Skinal glowa i odszedl do swojego namiotu. Nie wiedzial ze czarnowlosy odprowadzil go wzrokiem.
Godziny mijały szybko, a Eren czuł jakby spędził już wieczność.
Martwił się o swoją siostrę i przyjaciela.
O Leviego nikt nie musi się martwić, on jest najlepszy i zawsze wraca cały.
Nikt nie znał jego historii, wiadomo tylko ze jest pedantem, i lubi przemoc.
O tym ostatnim sam przekonal sie zeszlej nocy..
Spojrzal na zegarek. Wybila juz dwudziesta. Zerwalem sie wybiegajac z namiotu, kiedy uslyszalem jak ludzie krzycza.
- Wrócili! Bohaterowie! - krzyczal radośnie tłum, witajac wjeżdżających konno żołnierzy.
- Jeden.. dwa.. trzy..cztery.. - liczyłem i nagle całe jego ciało zesztywniało.
- Rivaille? - zapytalem zdziwiony.
Gdzie on jest?
Po chwili poczułem jak ogarnia mnie panika. Podbiegłem do mojej siostry i zacząłem krzyczeć.
- Gdzie on jest?! - szukałem go wzrokiem.
- Kto? - spytała zdziwiona. - Eren dobrze sie czujesz? - dodała, widząc jak ogarnia mnie panika.
Potem podbiegł do blondyna, ale on też nie wiele wiedział.
- Rivaille! - wrzasnął z całą siłą, a krzyk obiegł chyba całą okolicę.
Poczułem jak ktoś dotyka mojego ramienia, odwróciłem się i zobaczyłem przed sobą twarz Leviego. Otworzyłem szeroko oczy, poczułem się pewniej jednak mój strach nie minął.
Jego bliskość sprawiała, że denerwowałem się bardziej niżeli zobaczyłbym przed sobą ogromnego tytana.
Pamiętam jak dziś, kiedy on uratował nas przed jednym z tych krwiożerczych bestii.
- Stęskniłeś się za mną? - zapytał uśmiechając się złośliwie.
Moją uwagę przykuło jego ramię, widać nie wyszedł z tego bez szwanku.
Pierwszy raz widziałem aby krwawił, zawsze to on oglądał innych w takim stanie. Zerknął na mnie i spostrzegł, że zauważyłem rozcięcie.
- Trzeba to zdezynfekować. - powiedziałem spokojnie, przyglądając się temu.
- Poradzę sobie. - odparł, odtrącając moją dłoń.
- Jeżeli teraz tego nie zrobisz, może wdać się infekcja. Masz tam pewnie zanieczyszczenia, nie bądź uparty. - nie dawałem za wygraną, z nadzieją że w końcu ulegnie.
Kiedy tylko usłyszał słowo brud wzdrygnął się. I niewiele czekając zaprowadziłem go do mojego namiotu.
Usiadłem obok niego nadal czując te nieprzyjemne uczucie strachu.
Kiedy ściągał swoją koszulę, i kiedy dotykałem go po ramieniu.
- Masz bardzo delikatne dłonie. - powiedział spokojnie, podczas gdy ja oczyszczałem mu ranę wodą.
Polałem ją jodyną na co usłyszałem świst łapanego powietrza do ust.
- Boli? - zapytałem.
- Bywało gorzej. - odpowiedział
Potem zawiązywałem mu ramię bandażem, a on upodobał sobie dotykanie mnie wolną ręką po szyi.
- Przestań. - powiedziałem poważnie.
- Boisz się mnie? - spytał patrząc na mnie z wyższością w oczach.
Przełknąłem głośno ślinę.
- Nie.. - szepnąłem.
On podniósł do góry prawą brew. Nie zauważyłem jak szybko znalazł się w pozycji nachylony nade mną.
Mój oddech stał się nierównomierny, znowu czułem się jak zwierze uwięzione w klatce.
Trwające w przeświadczeniu, że nie da się stąd uciec.
- A teraz? - powtórzył cicho.
Byliśmy tak blisko siebie, że prawie stykaliśmy się nosami.
- Gdybym chciał wziąłbym cię tu i teraz. Dokładnie tak jak wczoraj. - dodał całując mnie w otwarte od zdziwienia usta.
- Kapitanie.. - wyszeptałem odsuwając się od niego na bezpieczną odległość.
- Kiedy tak mówisz, pociągasz mnie jeszcze bardziej Eren.
To wszystko to była jego zabawa słowami, gra w emocje. Kto pierwszy się podda ten przegrywa.
-Przestań, nie jesteśmy tu sami. - powiedziałem głośno.
- Gdyby zaszła taka potrzeba, powybijałbym ich wszystkich jak psy. - ton jego głosu znowu stał się lodowaty. Poczułem się nieswojo w jego towarzystwie, czy mogę mu w ogóle zaufać? Komuś kto mówi, że byłby zdolny do takich rzeczy.
- Jest już późno, chciałbym się położyć Kapitanie.
Pożegnał mnie tylko wzrokiem i bez słowa wyszedł..
Niewiele dalej stała Mikasa, widziała jak Reveille wychodzi z namiotu Erena. Podeszła do niego szybkim krokiem i zaciągnęła odrobinę dalej w las.
- Co robiłeś u Erena? - zapytała spokojnie
- Aż tak cię to bardzo interesuje? - skonfrontował ze sztucznym zaciekawieniem.
Jego słowa aż ociekały ironią, jadem i wszystkim innym.
- Odpowiadaj! - warknęła
Levi nie bał się jej. Wiedział jednak, że jest jedna z najlepszych i walka z nią nie należałaby do łatwych w jego życiu.
- Opatrywał mi rany. - powiedział poprawiając swój mundur.
Jej mina była naprawdę groźna. Podeszła do niego i oboje wpatrywali się w siebie.
- Jeżeli spadnie mu choć włos z głowy.. - zaczęła groźnie. - zginiesz jako pierwszy.
- Czuję się zaszczycony. - odpowiedział beznamiętnie, odchodząc od niej.
Nie ona pierwsza mu groziła, zawsze jednak na tym się kończyło. Ludzie potrafią tylko dużo gadać, a kiedy przyjdzie niebezpieczeństwo oczekują od wojska że wykona za nich całą brudną robotę.
Dlatego zawsze powinno zabijać się tych na najwyższych szczeblach, oni rządzą całym tym gównem. A zwykli ludzie idą za nimi niczym ślepcy nie zważając na czyhające w okół niebezpieczeństwo.
*
Eren leżał w łóżku bawiąc się kawałkiem sznurka.
Kiedy tytan zabił jego matkę, obiecał sobie że pomści ją zabijając cały ich szpetny gatunek.
Dotychczas wybijał ich jeden po drugim, pozbywając się problemu. Teraz jednak nie martwi go to czy może spać bezpiecznie, ale to czy to co jest pomiędzy nimi dwoma nie jest odrobinę chore.
Nie można tego nazwać miłością, ani przyjaźnią.
Skoro nic do niego nie czuję, dlaczego kiedy nie mógł go odnaleźć poczuł się jak dziecko gubiące w tłumie matkę.
Zawsze kurczowo trzymałem się życia. Nigdy nie myślałem o śmierci, nie miałem zwyczajnie na to czasu. Teraz jednak wiem, że ludzie są śmiertelni a w szczególności na wojnie.
Tam twoja pewność siebie nie pomoże, kiedy ktoś przystawi ci pistolet do skroni.
Moje rozmyślania przerwał dźwięk otwieranego namiotu.
Serce stanęło mi w piersi kiedy ujrzałem przed sobą czarnowłosego.
- Co ty tu robisz? - zapytałem modląc się w duchu aby nie chciał znów zrobić mi krzywdy.
Spojrzał w bok lekko zażenowany, widziałem jak myśli nad sensowną odpowiedzią.
- Nie mogę... - zaczął - Nie mogę bez ciebie zasnąć. - powiedział szybko.
Zamrugałem kilka razy w niedowierzaniu.
- Nie możesz beze mnie zasnąć? - powtórzyłem analizując to zdanie w głowie.
Nie czekając na zgodę, położył się obok mnie. Pachniał papierosami i mydłem, mimo że to nie są pierwszorzędne zapachy dla mnie były jak kadzidło.
Moje ciało samo przytuliło się do niego, poczułem się bardzo bezpiecznie.
Nie było strachu, ani niepewności. Był spokój, i zaufanie.
- Ładnie pachniesz. - wyszeptałem trzymając nos w zagłębieniu jego szyi.
Uśmiechnął się delikatnie, i nachylił nade mną.
Poczułem jak jego wargi muskają moje usta. Mimowolnie je otworzyłem, czując jak wkłada mi do środka swój wilgotny język.
Nie chcieli się śpieszyć, po prostu całowali się w ciszy delektując się swoim smakiem.
Przytulali się i dotykali, ale czarnowłosy nie pozwalał sobie na nic więcej.
Czułem się jakbym nie istniał, to tak jakbym tego chciał i nie chciał. Jakbym tego pragnął i się tym brzydził. Nie mam pojęcia dlaczego wtedy mu to wyznałem.
- Co jeśli się w tobie zakocham? - zapytałem wcale nie oczekując odpowiedzi. Może tak byłoby lepiej. Żyć w niewiedzy, w spokoju ducha.
- To niepotrzebne. Gdybyś się we mnie zakochał, czy gdyby zaszła taka potrzeba zabiłbyś mnie? - zapytał bawiąc się kosmykiem moich włosów.
To pytanie wbiło mnie dziesięć metrów pod ziemię.
Czy byłbym w stanie zabić kogoś kogo kocham?
- Wolałbym sam zginąć, niżeli zabić kogoś kogo kocham. - odparłem szeptem, wpatrując się w jego twarz.
Leżeliśmy twarzami do siebie.
On zaczął się głośno śmiać. Pierwszy raz widziałem jak się śmieje. Szkoda, że nie zrobię zdjęcia jego twarzy.
- Aleś z ciebie głupek. - puknął mnie palcem w czoło.
Zmarszczyłem brwi.
- Niby czemu? - zapytałem zadziornie
- Bo gdybyś nim nie był nie nazwałbym cię tak. - odparł znowu się śmiejąc.
Ja również zacząłem się śmiać.
Nie wiedziałem co czeka mnie jutro...
Eren szedl przed siebie zawiedziony swoimi umiejetnosciami. Sytuacja nie byla na tyle powazna aby musial sam przybrac forme tytana, ale gdyby w pore nie pojawil sie Levi nie wiadomo do czego by doszlo.
Obok niego szedl czarnowlosy tez trwajac w milczeniu. Nie ukazywal zadnych emocji, rzadko jakiekolwiek pojawialy sie na jego twarzy. Jego mimika konczyla sie na podniesieniu brwi, czy zmarszczeniu czola kiedy byl zly, ale kiedy pojawiala sie jakas szczesliwa wiadomosc nie usmiechal sie. To tak jakby odrzucil mysl o tym ze dobre rzeczy tez czasami moga sie przytrafic.
- Moglo pojsc lepiej, nie uwazasz Kapitanie?
Levi spojrzal na niego katem oka, i skinal glowa.
- Ten tytan byl inteligentny, a my nie tego sie spodziewalismy. - odparl zwalniajac troche kroku.
Za nimi pojawil sie Armin i siostra Erena, Mikasa. Dziewczyna spojrzala na czarnowlosego.
Od zawsze go nie lubila. Nawet tego nie ukrywala, od kiedy podniosl reke na jej brata stracil w jej oczach wszystkie dobre cechy jakie myslala ze posiada.
Blondyn przerwal narastajaca cisze, ktora zaczynala robic sie krepujaca.
- Na gorsze dni najlepsza jest impreza! - krzyknal usmiechniety.
- Impreza? - powtorzyla Mikasa zdziwiona. Blondyn nigdy nie wydawal sie tak odwazny by sam zaczac konwersacje.
- Masz racje, sama bym cos wypila. - powiedziala po chwili, usmiechajac sie.
Mikasa usmiechajaca sie to bylo dla nich wszystkich cos nowego.
- Skoro ty Mikasa, to ja tez. - dodal Eren rowniez sie usmiechajac.
Teraz brunet spojrzal na Leviego. Wygladal jakby w ogole ich nie sluchal, musial nad czyms rozmyslac.
Jednak to zaniepokoilo Erena, bo w tamtej chwili wydawalo sie jakby byl... smutny?
Czy on w ogole zna takie uczucie jakim jest "smutek"?
- Kapitanie, wybierzesz sie z nami? - zapytal Armin patrzac na niego uwaznie.
On zerknal na nich w jednej sekundzie odbierajac im na to cala nadzieje. Nie spodziewali sie jednak tego, ze sie zgodzi.
- Ten jeden raz, moge. - odpowiedzial spokojnie, przenoszac wzrok na Erena a potem na swoje buty.
- Znam swietna knajpe niedaleko, chodzmy! - zapiszczal podekscytowany.
Wszyscy procz czarnowlosego wybuchli glosnym smiechem slyszac jaki blondyn wydal z siebie dzwiek.
Kilka ulic dalej znalezli to o czym mowil Armin. Nie duzy bar na skraju ulicy.
Weszli do srodka, siadajac przy oknie. Siedzacy obok Erena Levi stukal palcami o drewniany stolik, brunet byl odwrocony w inna strone wiec nie wiedzac ze to moze byc jego Kapitan, krzyknal glosno.
- Do cholery jasnej moglabys przestac! - odwrocil sie w bok, i spotka zimne jak lod spojrzenie mezczyzny.
Przerazony dodal - Mikasa..
Armin przerwal to przynoszac na stol dwie duze butelki wodki. Rozdal wszystkim kieliszki i zaczal nalewac do nich trunku.
- Za lepsze dni! - krzyknela Mikasa a za nia prawie wszyscy..
Chcieli sie usmiechnac ale smak przerazajaco mocnej wodki im tu uprzykrzyl.
Po kilku nastepnych kieliszkach atmosfera rozluznila sie i nawet oschly Levi czasami dodal cos od siebie.
- Smakuje Ci? - zapytal Levi, usmiechajac sie niepokojaco uprzejmie.
Eren zdziwil sie, wprawdzie nie mogl uwierzyc wlasnym oczom.
Brunet pokiwal glowa, i chcial odwzajemnic usmiech ale cos wlasnie wytracilo go z tropu.
- Dolac ci? - Dodal przysuwajac sie do niego odrobine.
Brunet obok nie czul dyskomfortu z bliskosci Leviego, nawet nie zwracal na to uwagi, ale wszystko obserwujaca Mikasa dobrze wiedziala ze cos jest nie tak.
Spojrzala podejrzliwie na kapitana, ktory wygladal juz na niezle wstawionego. Myslala nad tym chwile jednak alkohol to alkohol wszystkich zmienia.
Nawet takiego zimnego drania jakim jest on.
Wszyscy bawili sie doskonale, blondyn rozmawial z Mikasa wspominajac smiesze sytuacje z ich dziecinstwa, Eren i Levi zaczeli pic coraz wiecej i coraz szybciej.
Jakby to mial byc jakis pojedynek, pili i pili nie myslac o pozniejszych konsekwencjach.
W koncu alkohol sie skonczyl, i postanowili wrocic do swoich namiotow. Jutro po poludniu mieli stawic sie na kolejnym waznym patrolu.
Namioty Mikasy i Armina byly na koncu wioski, a Erena i Leviego na poczatku.
Oczywistym bylo ze mieli je osobno, z racji tego ze Reveille jest Kapitanem chlopaka.
- Odprowadzic cie, Eren? - spytala Mikasa zerkajac na Leviego.
Brunet usmiechnal sie w wyjatkowo pijackim stylu, i pokiwal przeczaco glowa.
Kiedy jest pijany, robi sie bardzo beztroski.
- Nie tszeba.. - wymamrotal - Levis mnie odprowadzi. Co nie Levis. - dodal sciskajac go za policzek.
Czarnowlosy spojrzal na niego zdziwiony, i jakby odrobine zazenowany cala ta sytuacja nie czekajac na pozegnanie po prostu odszedl.
- Co za ignorant. - prychnela Mikasa odchodzac z blondynem.
Pijany chlopak szedl za Kapitanem chwiejac sie na boki. Ludzie przygladali sie im zszokowani. Nigdy nie widzieli aby ich Kapitan wracal wlasnie pijany. Szedl przed siebie nie zwracajac uwagi na szepty innych zolnierzy.
Eren szedl obok niego usmiechajac sie do siebie, i nucac cos pod nosem.
Zirytowany Rivaille postanowil w delikatny sposob zwrocic mu uwage.
- Moglbys sie zamknac? - zapytal, jednak na nic zdaly sie jego prosby gdyz ten chlopak juz dawno go nie sluchal.
Uniosl glowe do gory, a kosmyki wlosow przyslonily mu oczy. Otworzyl delikatnie usta, po chwili zamknal je i sie usmiechnal.
Levi przelknal sline, patrzac na chlopaka.
- Jakie piekne mamy dzis niebo! - wykrzyknal pokazujac swiatu szereg swoim sniezno bialych zabkow.
Levi spojrzal w gore, i wzruszyl ramionami.
- Zawsze wyglada tak samo. - odrzekl obojetnie.
Eren pokiwal glowa.
- Nie badz taki gruboskorny, Levi. - powiedzial nagle, szturchajac go lokciem.
- Levi? - powtorzyl zdziwiony.
- Mhm! To bedzie od dzisiaj twoj pseudonim. - zachichotal, znowu go szturchajac.
Kapitan westchnal gleboko, zero szacunku do jego osoby. A przeciez nie byl byle kim, byl Kapitanem i ma nawet nasze by awansowac wyzej.
- Ales ty jestes upierdliwy. - powiedzial ciezko, idac w strone swojego namiotu.
Brunet pozegnal go usmiechem, i sam wszedl do swojego.
Zasnal bardzo szybko, jednak co noc kiedy sie kladl zdawal sobie sprawe ze moze do kogos w nocy "wpasc". Lunatykuje od czwartego roku zycia. Chcial zeby to byli wszyscy, wszyscy oprocz Leviego. Zycie jednak nie zawsze wysluchuje naszych prosb. Czasami nas najnormalniej w swiecie ignoruje.
Pomimo ze bylo juz pozno, Kapitan nadal sie spal. Lezal przy pol zywej lampce, wpatrujac sie w szaro bury kolor namiotu.
Nagle zerwal sie kiedy uslyszal jak ktos probuje sie dostac do srodka. Kto osmielil sie zaklocac jego spokoj. Oczywiscie nie zdawal sobie sprawy ze stoi przed nim wlasnie trwajacy nadal we snie chlopak.
- Eren? - zapytal szeptem, widzac przed soba pol nagiego bruneta.
Patrzyl sie na niego, pomimo ze tak naprawde nadal spal. Levi pomachal mu dlonia przed oczyma jednak nie bylo z jego strony zadnej reakcji.
Nie zwazajac na protesty Kapitana wszedl do srodka jego swiatyni. Jedynego miejsca w ktorym mogl spokojnie posiedziec w ciszy.
Rivaille patrzyl sie na niego zszokowany, kiedy on zaczal sciagac swoje spodnie. I siedzial w samej bieliznie usmiechajac sie.
W tak wyjatkowo dziwkarski sposob. Kim w takim razie w ogole jest ten chlopak, skoro w srodku nocy wyczynia takie rzeczy?
Potem przysunal sie do niego odrobine, w jego oddechu czuc bylo alkohol i dlonmi polozyl go na materac.
- Co ty wyprawiasz. - szepnal - Ah-h
Poczul jak dlon chlopaka masuje przez material spodni jego meskosc. Robil to cholernie dobrze, tak jakby znal te ruchy od podszewki.
Usmiechnal sie, zrobil to w taki sam sposob jak na poczatku.
Kiedy zaczal rozpinac spodnie czarnowlosego, ten wiedzal ze musi natychmiast przemowic mu do rozsadku.
Chcial juz krzyknac do niego cos obrazliwego kiedy poczul jak cos na dole dotyka go tam bardzo umiejetnie. Poczul tez jak cos mokrego muska jego krocze.
Eren wzial do ust jego penisa i zaczal sie nim zabawiac. Nie byl gorszy od gwiazdy porno, ssal go, tracal jezykiem i masowal.
- Do cholery jasnej.. - zaczal slabo patrzac na to wszystko - Eren, przestan.
Mimo tego ze chcial go wyrzucic, nie byl w stanie wykonac zadnego ruchu. Nie doszlo do niego jeszcze to po co przyszedl do niego chlopak.
Siegnal dlonia na glowe chlopaka, i zaczal nia rytmicznie poruszac, kilka razy docisnal ja i uslyszal jak dusi sie jego duzym przyrodzeniem.
To mu sie jednak podobalo, lubil bol i sposob w jaki ludzie go odczuwaja.
Juz na poczatku spuscil brunetowi niezly lomot, i nie czul sie z tego powodu zle. Wrecz przeciwnie czul sie bardzo dobrze, byl podniecony.
Obciagal mu jeszcze chwile, kiedy czarnowlosy spuscil sie w jego usta. Eren zakrztusil sie jego sperma. Ten widok jak biala mazia splywa w kacikach jego ust i opada mu na nagi tors, odebral mezczyznie mowe.
Spojrzal na twarz bruneta, i w jego oczy. Chlopak wygladal na cholernie podnieconego. Levi podniosl kacik ust do gory i cicho rzekl :
- Rozumiem.
Zaczal sciagac swoja koszulke i rzucil ja w kat. W jego oczach blysnela chec ciala Erena.
To juz nie byl ten sam czlowiek, teraz wyszla jego druga osobowosc.
Pchnal go na materac, przyszpilajac do niego tak mocno ze ten wbil sie w niego.
Potem zaczal obcalowywac cale jego cialo, cal po calu, centymetr po centymetrze. Od gory w dol. Calowal go bardzo zachlannie, chlopak oddawal pocalunek. Robili to niczym zwierzeta, nie bylo w tym odrobiny romantyzmu. Tylko i wylacznie pragnienie seksu.
Reveille rozszerzyl nogi chlopaka i naslinil jego wejscie, usmiechnal sie i szybko w niego wszedl.
I w tym momencie cala bajka prysnela. Eren otworzyl szeroko oczy, bol jaki przeszyl jego cialo byl na tyle mocny by zbudzic go z transu.
Zachlysnal sie powietrzem. Rozejrzal sie w okol calkowicie zdezorientowany.
Czemu Levi wlasnie go pieprzy, i dlaczego czuje slony posmak w ustach.
- Zostaw mnie! - warknal wyrywaj sie.
To jednak na nic, poniewaz uscisk rak kapitana byl zbyt mocny by wciaz pijany chlopak mogl sobie z tym poradzic.
- A coz to za zmiana? - zapytal widzac jak do oczu chlopaka naplywaja lzy. Nie przestawal sie w nim poruszac, to bolalo chyba bardziej niz dni spedzone w ciele tytana.
- Wylaz ze mnie! To boli! Argh! - krzyczal, zdzierajac sobie gardlo.
- Jeszcze przed chwila, sam chciales abym to zrobil. To nie fair tak szybko zmieniac zdanie, Eren. - wyszeptal calujac jego szyje i zostawiajac na niej bolesne malinki.
Zacisnal mocno piesci i udalo mu sie uderzyc w twarz Kapitana. Zrobil to bardzo mocno, mimika jego twarzy zmienila sie i w tamtej chwili byla chlodniejsza niz kiedykolwiek.
Zlapal go za szyje i nachylil sie nad jego uchem. Podniosl jego nogi wyzej, aby moc glebiej wejsc a co za tym idzie zadac mu wiekszy bol.
- Bede cie pieprzyl, az wyzioniesz ducha. - wyszeptal przyspieszajac tempa.
Eren poczul jak po udach splywa mu krew, duza meskosc Leviego ocierala sie o jego wejscie powodujac krwawienie.
Zaczal plakac niczym krzywdzone dziecko, Rivaille byl jednak niewzruszony, pieprzyl go najmocniej jak potrafil. W koncu gdyby Eren tego nie zaczal, to nie mialoby miejsca.
Wchodzi.. wychodzi.. wchodzi .. wychodzi..
Jedyne o czym myslal w tamtej chwili chlopak to to aby Levi w koncu doszedl.
Zwolnil odrobine tempa, ale za to wszedl coraz glebiej. Tak mocno, ze chlopak zakrztusil sie slina, jego dlonie byly skutecznie unieruchomione.
- Jezeli nie przestaniesz.. - wysapal zmeczony.. - odpowiesz za to co wlasnie robisz.
Rivaille usmiechnal sie.
- Grozisz mi? - zakpil przyspieszajac tempa, i obserwujac jak chlopak mocno zaciska powieki.
Zaraz jednak spowaznial. Przestal na chwile, patrzac mu prosto w oczy.
- Jezeli pisniesz choc slowko, wtedy zerzne cie tak ze nie bedziesz w stanie juz mowic. -
Chlopak spojrzal na niego przerazony, nigdy jeszcze nie czul od nikogo tak wielkiej zlosci w kilku slowach.
Po kilku minutach doszedl w nim. Eren poczul jak cos bardzo cieplego rozlewa sie w jego wnetrzu. Przeszedl go dreszcz obrzydzenia, zdawal sobie sprawe ze czarnowlosy spuscil sie w nim. Reveille usiadl obok, ubierajac sie. Chlopak nadal lezal trzesac sie z przerazenia.
Do jego nozdrzy dotarl zapach papierosow. Zamknal oczy i nawet nie wiedzial kiedy zasnal.
** Ranek, nastepnego dnia.
Eren obudzil sie pozniej niz zwykle. Podniosl sie szybko, kiedy poczul rozdzierajacy bol w dolnych partiach ciala. Przymknal powieki, i przypomnial sobie wczorajsze zajscie.
Przemyl sie szybko ,i wlozyl na siebie swoj mundur.
Kiedy wyszedl z namiotu powitaly go jasne promienie slonca. Szukal w tlumie kogos znajomego, kiedy poczul jak ktos z tylu puka go w ramie. Modlil sie aby nie byl to Rivaille.
Odwrocil sie i odetchnal z ulga, stala przed nim zdziwona Mikasa.
Patrzyla na niego niezrozumiale, bo w tamtej chwili jej brat wygladal jakby cala krew z niego uleciala.
- Jestes strasznie blady, wszystko w porzadku? - spytala zaniepokojona jego wygladem.
Chlopak skinal glowa i usmiechnal sie sztucznie.
- Tak, wszystko w porzadku. - odparl spokojnie.
- Co robiles w namiocie Kapitana? - zapytala podejrzliwie.
- Po wczorajszym bardzo zle sie czul, zaopiekowalem sie nim. - powiedzial Levi, pojawiajac sie obok nich.
Eren stanal nieruchomo, przestraszony niczym dziecko ktore zobaczy cos zlego.
Nawet nie podniosl glowy, by na niego spojrzec.
- Ty i ludzkie zachowania? To cos nowego. - wysyczala dziewczyna patrzac na niego.
Levi usmiechnal sie sztucznie, i spojrzal na bruneta.
Mial cholerna ochote zeby znowu go wziac.
- Jak sie czujesz Eren? - zapytal troskliwie.
Parodia czulosci.
Nadal nie odwazyl sie aby na niego spojrzec, czul do niego ogromny strach po tym co wczoraj Levi mu obiecal.
- Dobrze, Kapitanie. - powiedzial cicho.
Armin zajal rozmowa Mikase zostawiajac ich dwojke samych.
Cisze przerwal glos Rivaille.
Byl chlodny jak zawsze..
- Jezeli nie zaczniesz zachowywac sie normalnie.. - podszedl do niego wyszeptal do jego ucha
- zrobie to zaraz jeszcze raz..
Brunet zadrzal. Nie wyobrazal sobie drugiego razu, juz teraz wszystko go boli nadal ma tam swieza rane.
- Przepraszam. - wyszeptal przestraszony, wbijajac wzrok w podloge.
Levi usmiechnal sie, i dotknal dlonia jego twarzy.
- Przyjde za kilka dni, masz czas dla siebie. - powiedzial odchodzac od chlopaka.
Sek w tym ze na patrol Eren przydzielony jest wlasnie z Kapitanem, a jesli cos mu strzeli do glowy. Czy on teraz zostanie jego dziwka? Te mysli caly dzien chodzily za chlopakiem, nie mogl nawet usiedziec na koniu z powodu bolu po wczorajszym gwalcie.
Zobaczyl jak Rivaille rozmawia z jakas dziewczyna, i jak ona usmiecha sie do niego wsuwajac mu do kieszeni plaszcza jakas karteczke.
Pomimo tego, ze nadal byl na niego zly za wczoraj, poczul przeogromna ciekawosc i zlosc z powodu tej jednej malej cholernej karteczki.
Czy oni wlasnie ze soba flirtowali?
Kiedy dziewczyna odeszla obok niego pojawila sie Mikasa i Armin, za pare minut mielismy wyruszac na patrol. Ja czulem jednak ze nie dam rady wysiedziec tyle czasu na koniu po tym co zdarzyl sie wczorajszej nocy.
Podszedl do niego, ale zwrocil uwage swojej siostry i przyjaciela.
- Ja.. - zaczalem niepewnie - Chcialem poprosic Kapitanie, o zwolnienie z dzisiejszego patrolu.
- Zle sie czujesz Eren? - wtracila sie dziewczyna.
- Rob co chcesz. - rzekl chlodno, przygotowujac swojego konia.
Nie zdziwila go ta odpowiedz, w koncu wszyscy wiedza ze on nigdy nie pyta o powod. Daje wolna wole, jednak za swoje decyzje ty odpowiadasz sam.
Skinal glowa i odszedl do swojego namiotu. Nie wiedzial ze czarnowlosy odprowadzil go wzrokiem.
Godziny mijały szybko, a Eren czuł jakby spędził już wieczność.
Martwił się o swoją siostrę i przyjaciela.
O Leviego nikt nie musi się martwić, on jest najlepszy i zawsze wraca cały.
Nikt nie znał jego historii, wiadomo tylko ze jest pedantem, i lubi przemoc.
O tym ostatnim sam przekonal sie zeszlej nocy..
Spojrzal na zegarek. Wybila juz dwudziesta. Zerwalem sie wybiegajac z namiotu, kiedy uslyszalem jak ludzie krzycza.
- Wrócili! Bohaterowie! - krzyczal radośnie tłum, witajac wjeżdżających konno żołnierzy.
- Jeden.. dwa.. trzy..cztery.. - liczyłem i nagle całe jego ciało zesztywniało.
- Rivaille? - zapytalem zdziwiony.
Gdzie on jest?
Po chwili poczułem jak ogarnia mnie panika. Podbiegłem do mojej siostry i zacząłem krzyczeć.
- Gdzie on jest?! - szukałem go wzrokiem.
- Kto? - spytała zdziwiona. - Eren dobrze sie czujesz? - dodała, widząc jak ogarnia mnie panika.
Potem podbiegł do blondyna, ale on też nie wiele wiedział.
- Rivaille! - wrzasnął z całą siłą, a krzyk obiegł chyba całą okolicę.
Poczułem jak ktoś dotyka mojego ramienia, odwróciłem się i zobaczyłem przed sobą twarz Leviego. Otworzyłem szeroko oczy, poczułem się pewniej jednak mój strach nie minął.
Jego bliskość sprawiała, że denerwowałem się bardziej niżeli zobaczyłbym przed sobą ogromnego tytana.
Pamiętam jak dziś, kiedy on uratował nas przed jednym z tych krwiożerczych bestii.
- Stęskniłeś się za mną? - zapytał uśmiechając się złośliwie.
Moją uwagę przykuło jego ramię, widać nie wyszedł z tego bez szwanku.
Pierwszy raz widziałem aby krwawił, zawsze to on oglądał innych w takim stanie. Zerknął na mnie i spostrzegł, że zauważyłem rozcięcie.
- Trzeba to zdezynfekować. - powiedziałem spokojnie, przyglądając się temu.
- Poradzę sobie. - odparł, odtrącając moją dłoń.
- Jeżeli teraz tego nie zrobisz, może wdać się infekcja. Masz tam pewnie zanieczyszczenia, nie bądź uparty. - nie dawałem za wygraną, z nadzieją że w końcu ulegnie.
Kiedy tylko usłyszał słowo brud wzdrygnął się. I niewiele czekając zaprowadziłem go do mojego namiotu.
Usiadłem obok niego nadal czując te nieprzyjemne uczucie strachu.
Kiedy ściągał swoją koszulę, i kiedy dotykałem go po ramieniu.
- Masz bardzo delikatne dłonie. - powiedział spokojnie, podczas gdy ja oczyszczałem mu ranę wodą.
Polałem ją jodyną na co usłyszałem świst łapanego powietrza do ust.
- Boli? - zapytałem.
- Bywało gorzej. - odpowiedział
Potem zawiązywałem mu ramię bandażem, a on upodobał sobie dotykanie mnie wolną ręką po szyi.
- Przestań. - powiedziałem poważnie.
- Boisz się mnie? - spytał patrząc na mnie z wyższością w oczach.
Przełknąłem głośno ślinę.
- Nie.. - szepnąłem.
On podniósł do góry prawą brew. Nie zauważyłem jak szybko znalazł się w pozycji nachylony nade mną.
Mój oddech stał się nierównomierny, znowu czułem się jak zwierze uwięzione w klatce.
Trwające w przeświadczeniu, że nie da się stąd uciec.
- A teraz? - powtórzył cicho.
Byliśmy tak blisko siebie, że prawie stykaliśmy się nosami.
- Gdybym chciał wziąłbym cię tu i teraz. Dokładnie tak jak wczoraj. - dodał całując mnie w otwarte od zdziwienia usta.
- Kapitanie.. - wyszeptałem odsuwając się od niego na bezpieczną odległość.
- Kiedy tak mówisz, pociągasz mnie jeszcze bardziej Eren.
To wszystko to była jego zabawa słowami, gra w emocje. Kto pierwszy się podda ten przegrywa.
-Przestań, nie jesteśmy tu sami. - powiedziałem głośno.
- Gdyby zaszła taka potrzeba, powybijałbym ich wszystkich jak psy. - ton jego głosu znowu stał się lodowaty. Poczułem się nieswojo w jego towarzystwie, czy mogę mu w ogóle zaufać? Komuś kto mówi, że byłby zdolny do takich rzeczy.
- Jest już późno, chciałbym się położyć Kapitanie.
Pożegnał mnie tylko wzrokiem i bez słowa wyszedł..
Niewiele dalej stała Mikasa, widziała jak Reveille wychodzi z namiotu Erena. Podeszła do niego szybkim krokiem i zaciągnęła odrobinę dalej w las.
- Co robiłeś u Erena? - zapytała spokojnie
- Aż tak cię to bardzo interesuje? - skonfrontował ze sztucznym zaciekawieniem.
Jego słowa aż ociekały ironią, jadem i wszystkim innym.
- Odpowiadaj! - warknęła
Levi nie bał się jej. Wiedział jednak, że jest jedna z najlepszych i walka z nią nie należałaby do łatwych w jego życiu.
- Opatrywał mi rany. - powiedział poprawiając swój mundur.
Jej mina była naprawdę groźna. Podeszła do niego i oboje wpatrywali się w siebie.
- Jeżeli spadnie mu choć włos z głowy.. - zaczęła groźnie. - zginiesz jako pierwszy.
- Czuję się zaszczycony. - odpowiedział beznamiętnie, odchodząc od niej.
Nie ona pierwsza mu groziła, zawsze jednak na tym się kończyło. Ludzie potrafią tylko dużo gadać, a kiedy przyjdzie niebezpieczeństwo oczekują od wojska że wykona za nich całą brudną robotę.
Dlatego zawsze powinno zabijać się tych na najwyższych szczeblach, oni rządzą całym tym gównem. A zwykli ludzie idą za nimi niczym ślepcy nie zważając na czyhające w okół niebezpieczeństwo.
*
Eren leżał w łóżku bawiąc się kawałkiem sznurka.
Kiedy tytan zabił jego matkę, obiecał sobie że pomści ją zabijając cały ich szpetny gatunek.
Dotychczas wybijał ich jeden po drugim, pozbywając się problemu. Teraz jednak nie martwi go to czy może spać bezpiecznie, ale to czy to co jest pomiędzy nimi dwoma nie jest odrobinę chore.
Nie można tego nazwać miłością, ani przyjaźnią.
Skoro nic do niego nie czuję, dlaczego kiedy nie mógł go odnaleźć poczuł się jak dziecko gubiące w tłumie matkę.
Zawsze kurczowo trzymałem się życia. Nigdy nie myślałem o śmierci, nie miałem zwyczajnie na to czasu. Teraz jednak wiem, że ludzie są śmiertelni a w szczególności na wojnie.
Tam twoja pewność siebie nie pomoże, kiedy ktoś przystawi ci pistolet do skroni.
Moje rozmyślania przerwał dźwięk otwieranego namiotu.
Serce stanęło mi w piersi kiedy ujrzałem przed sobą czarnowłosego.
- Co ty tu robisz? - zapytałem modląc się w duchu aby nie chciał znów zrobić mi krzywdy.
Spojrzał w bok lekko zażenowany, widziałem jak myśli nad sensowną odpowiedzią.
- Nie mogę... - zaczął - Nie mogę bez ciebie zasnąć. - powiedział szybko.
Zamrugałem kilka razy w niedowierzaniu.
- Nie możesz beze mnie zasnąć? - powtórzyłem analizując to zdanie w głowie.
Nie czekając na zgodę, położył się obok mnie. Pachniał papierosami i mydłem, mimo że to nie są pierwszorzędne zapachy dla mnie były jak kadzidło.
Moje ciało samo przytuliło się do niego, poczułem się bardzo bezpiecznie.
Nie było strachu, ani niepewności. Był spokój, i zaufanie.
- Ładnie pachniesz. - wyszeptałem trzymając nos w zagłębieniu jego szyi.
Uśmiechnął się delikatnie, i nachylił nade mną.
Poczułem jak jego wargi muskają moje usta. Mimowolnie je otworzyłem, czując jak wkłada mi do środka swój wilgotny język.
Nie chcieli się śpieszyć, po prostu całowali się w ciszy delektując się swoim smakiem.
Przytulali się i dotykali, ale czarnowłosy nie pozwalał sobie na nic więcej.
Czułem się jakbym nie istniał, to tak jakbym tego chciał i nie chciał. Jakbym tego pragnął i się tym brzydził. Nie mam pojęcia dlaczego wtedy mu to wyznałem.
- Co jeśli się w tobie zakocham? - zapytałem wcale nie oczekując odpowiedzi. Może tak byłoby lepiej. Żyć w niewiedzy, w spokoju ducha.
- To niepotrzebne. Gdybyś się we mnie zakochał, czy gdyby zaszła taka potrzeba zabiłbyś mnie? - zapytał bawiąc się kosmykiem moich włosów.
To pytanie wbiło mnie dziesięć metrów pod ziemię.
Czy byłbym w stanie zabić kogoś kogo kocham?
- Wolałbym sam zginąć, niżeli zabić kogoś kogo kocham. - odparłem szeptem, wpatrując się w jego twarz.
Leżeliśmy twarzami do siebie.
On zaczął się głośno śmiać. Pierwszy raz widziałem jak się śmieje. Szkoda, że nie zrobię zdjęcia jego twarzy.
- Aleś z ciebie głupek. - puknął mnie palcem w czoło.
Zmarszczyłem brwi.
- Niby czemu? - zapytałem zadziornie
- Bo gdybyś nim nie był nie nazwałbym cię tak. - odparł znowu się śmiejąc.
Ja również zacząłem się śmiać.
Nie wiedziałem co czeka mnie jutro...
Subskrybuj:
Posty (Atom)